Budapeszt - Bamako
14.01.2011, piątek
Chyba czas chwycić za długopis. Jedziemy od wczorajszego ranka i na razie nic nam się nie przytrafiło. Prawie nic, bo zbyt piękne by było, gdyby to było całkiem nic. Mamy słabą łączność z ekipą Patrola. Nowe radio CB jest do wymiany, wszystkie próby naprawy, dokręcania kabli, spełzły na niczym.
Na razie operujemy radyjkiem przenośnym, ale ma słaby zasięg. Marcin już podesłał sms-em wytyczne co do modelu i jak się uda zakupimy w Budapeszcie, bo właśnie za chwilę tam dojedziemy. Najpierw do punktu pomocy Afryce zawozimy różne rzeczy pierwszej potrzeby dla afrykańskich dzieci. Potem mamy do wieczora luz, zanim odstawimy samochód na parking startowy. No i cóż, jutro start, ten prawdziwy. Krótko jeszcze o ekipie towarzyszącej: Jola i Sławek, z którymi byliśmy na Islandii – znani, sprawdzeni w podróży i jak najbardziej „swoi ludzie”. A z nimi Ewa, najmłodsza z nas wszystkich , sympatyczna od początku, a na dodatek włada francuskim, co na pewno przyda się w Afryce. Pogoda na razie nieciekawa, pochmurno i deszczowo, słońce chwilami nieśmiało próbuje wyjrzeć do nas zza chmur, ale na razie mu się to nie udaje. Nie mamy niestety termometru zewnętrznego, ale jest znacznie cieplej tu, na Węgrzech, niż u nas. A dalej będzie tego ciepła z pewnością znacznie więcej.
15.01., sobota DZIEŃ STARTU 
Wczoraj ok. 14.oo zajechaliśmy na parking startowy. Przedtem w punkcie pomocy humanitarnej dla Afryki oddaliśmy to, co przywieźliśmy. Na miejscu było już kilkadziesiąt samochodów, ale wyglądało na to, że większość dopiero przyjedzie. Ustawiliśmy się w szeregu, jak nam przykazano, zabraliśmy manatki niezbędne do przenocowania i dopiero poszliśmy do zarezerwowanego przez Ewę hostelu. Hostel – dla mnie zjawisko znane tylko ze słyszenia i czytania, więc zupełnie nowe. Pani recepcjonistka nie dała się zaskoczyć pytaniem o znajomość polskiego i to ona zaskoczyła nas znajomością naszego języka. Dostaliśmy „komórkę wewnętrzną” – w 20-osobowym pokoju wejście po schodkach do pomieszczonka podwieszonego pod sufitem, a zawierającego jedynie łóżko dla dwojga. Poszliśmy wcześnie spać, więc o 7.00 byliśmy już gotowi do startu i przy samochodach.
START 
Od wczoraj rzeczywiście dojechało sporo ekip, ale Sławek mówi, że w zeszłym roku było ich znacznie więcej. Tłoczno i gwarno, mnóstwo gapiów, jacyś reporterzy z kamerami. Część uczestników podjęła wyzwanie organizatora i poprzebierała się śmiesznie bądź dziwacznie, żeby uatrakcyjnić start. Jeden gość ubrał się w kompletny kombinezon nurka, łącznie z płetwami i butlą tlenową, i w taki sposób, na dachu samochodu, opuszczał Budapeszt. No przynajmniej bramkę startową, bo trudno stwierdzić, co zrobił tuż za rogiem. Zanim przyszła nasza pora startu, minęły dobre 2 godziny. Jeszcze tylko przejazd przez rampę i bramkę startową i w drogę! 
Wyjechaliśmy, udajemy się w kierunku Balatonu. Dziś nocujemy w okolicach Genui, przynajmniej taki jest plan. Mamy do przejechania 1100 km. Nawigacja podaje, że na miejscu będziemy ok. 20.30, ale raczej marne na to szanse. Po drodze ludzie nam machają, niektórzy nawet przygotowali transparenty. Ale nas chwilowo zajmuje zupełnie co innego… Pod górkę zasłabł nam samochód, a z wydechu czarny dym! Czy my musimy mieć takiego permanentnego pecha? Przecież Toyka miała być bezproblemowa i bezawaryjna! Marek zarządził natychmiastową przerwę techniczną i po jakichś tylko chłopakom znanych manewrach jedziemy dalej. O dziwo problem ustąpił. O dziwo, ale na szczęście!
Radia wczoraj nie udało nam się kupić, to, które wskazał Marcin jest na Węgrzech niedostępne, bo go tu nie homologują. Zatem – przełączanie zestawu przenośnego i podłączenie do głównej anteny i mamy radio zastępcze. Z oporami, ale działa.
Później
Jest naprawdę źle. Po chwilowej, dosłownie chwilowej, poprawie, toyota kopci czarnym dymem i traci moc. Nie wygląda to dobrze, wręcz przeciwnie, rokuje fatalnie. Świeci słońce, ale nawet ono nie jest w stanie nam rozjaśnić zepsutego humoru i rozwiać obawy co do tego, jak dalej się sprawy potoczą. Już mi się nawet pisać nie chce. Ani robić zdjęcia.
Jeszcze później
Musiałam ochłonąć, bo się zestresowałam powyższym stanem rzeczy. Szczęśliwie kolejna operacja pod maską wyeliminowała problem i teraz już nie pamiętamy o przedpołudniowych nerwach. Dojeżdżamy właśnie do Triestu, planowaliśmy w tej okolicy popas obiadowy, ale pojawiła się paskudna mgła i temperatura spadła do 6 stopni. No sorry, to ja dziękuję, na Islandii było cieplej! Tereny to już nadmorskie, chciałoby się i cieplej i słoneczniej. No nic, jedziemy jeszcze kawałek, może się poprawi.
16.01., niedziela 
No jak maraton to maraton. Jedziemy bez przerwy od wczorajszego poranka, już 24-ta godzinę. Doszliśmy do wniosku, że lepiej zajechać dziś dalej i wcześniej skończyć, niż znowu grzać ponad 1000 km. Plan jest więc taki, że docieramy dziś do Walencji i tam robimy sobie pożegnanie z Europą w warunkach nieco lepszych niż campingowe. Teraz jest 8.20, docieramy do hiszpańskiej granicy, więc do dzisiejszego celu mamy jeszcze 530 km. Powinniśmy zajechać w porze obiadowej.
Wczorajsze popołudnie nosiło znamiona sylwestrowej nocy – toyota próbowała nas wkurzyć maksymalnie i w końcu posypała iskrami z tłumika. Oj, wyglądało groźnie, ale na szczęście to tylko sadza się zapaliła, a nie my. My palimy się do dalszej jazdy. Po odcięciu jakichś zaworków i wężyków, o których nie mam pojęcia, nasza pustynna panna mknie jak strzała. Ku przygodzie i afrykańskiemu ciepłu i słońcu, bo tutaj wieje chłodem i pochmurno.
17.01., poniedziałek
Wczoraj w końcu pokazało się słoneczko, i dopóki świeciło, było przyjemne ciepełko. Do hotelu dotarliśmy ok. 15stej. Długo oczekiwany prysznic był tym, na co liczyliśmy. Zregenerował siły na tyle, że razem z ekipa Sławka pojechaliśmy do Walencji, mimo że kompletnie nam się nie chciało. Tyle, że w hotelu Restauracja okazała się być nieczynna, a my przecież głodni jak wilcy. Dziewczyny i Sławek pojechali więc zwiedzać, my w poszukiwaniu przytulnej knajpki z hiszpańskim jedzonkiem. O 20.00 jak dzieci leżeliśmy w łóżku, a chwilę później długo wyczekiwana możliwość spania w pozycji horyzontalnej wzięła górę i oddaliliśmy się w objęcia Morfeusza…
Dzisiaj dojedziemy do końca, tj. do Tarify, bo jutro o 8.00 startuje nasz prom do Maroka. Mamy 800 km, wypoczęci, po śniadanku, ruszamy. Aha, Sławek pokombinował wczoraj coś przy naszym radiu i działa. Super!
18.01., wtorek 
Droga wczoraj przebiegała spokojnie i zgodnie z planem. Rajdowców nie było widać oprócz może ze dwóch aut, które nas mijały, ale z tego, co słyszymy, różnie się załogi kierują i z różnych portów wypływają. My, jak wspomniałam, z Tarify, więc nocleg na campingu niedaleko portu. Sławek ze wsparciem Marka cały wieczór przeprowadzał jakieś przeróbki i usprawnienia w swoim aucie, my towarzysko przy drinku i wspierając chłopaków duchowo. Wieczór był dość ciepły, więc było całkiem przyjemnie. Atmosfera, nie tylko ta z powietrza, jak najbardziej sprzyjająca.
Teraz jesteśmy już w Maroku, właśnie opuszczamy Tanger. Mając już doświadczenie z poprzedniego pobytu tutaj, nie zaskoczył nas bałagan i papierologia na granicy. Znowu ci naganiacze-łapówkarze, piętnastu po coś przychodzi i każdy chce coś dostać. Poszła paczka papierosów, jedna czapka, którą wczoraj dostałam od Joli, i parę drobniaków. A to dopiero początek!
Do dzisiejszego punktu zbornego mamy ponad 300 km, jest południe, temp. 20 stopni, całkiem przyjemne ciepło. Czekałam na nie.
Jeszcze na promie jedna z polskich załóg wyraziła chęć wspólnego powrotu z Bamako. To lepiej, im większą grupa pojedziemy przez Mauretanię, tym bezpieczniej. Afryka od tej strony, całkiem na północy, w ogóle nie przypomina Afryki, z jaką ją kojarzymy. Jest soczyście zielono, na wzgórzach wiatraki, dwupasmowa droga. Ale to tylko tutaj, im dalej w głąb będzie coraz bardziej afrykańsko, coraz mniej cywilizacji. I coraz cieplej i mniej urodzajnie. 
Już dłuższy czas jedziemy rozległą doliną pośród zielonych łąk. Mogłabym nie pisać, że zielonych, bo łąki takie zawsze są i każdy to wie, ale tutaj warto to zaznaczyć, bo taka zieleń to chyba tylko o tej porze roku. W rzekach nawet jest woda, czego nie doświadczyłam poprzednim razem będąc tutaj, więc żywotność tych urodzajów zdaje się być raczej krótka. Właśnie u przydrożnego sprzedawcy zakupiliśmy pyszne, słodkie i soczyste
marokańskie pomarańcze. Palce lizać! A jak pachną!
19.01., środa
No nie, nie tak miało być! Tzn. wszystko tak, jak najbardziej, nocleg na campingu w standardzie nieoczekiwanie dobrym jak na marokański. Ale miało być ciepło!!! Ciepło na dworze było, owszem, za dnia, ale nocą zimno jak psi. Może dlatego, że w górach (1500 m n.p.m). Ale w naszym super-wehikule-wszechczasów miało być luksusowo! A tu webasto niespodziankę niemiłą nam zrobiło, zmarzłam jak cholera, Marek też, nawet superciepła piżamka z Ciastkiem od Zuzi nie dała rady. Dopiero rano okazało się, że wywiew od nagrzewania zasłonięty był jakimś pierdołkiem i dlatego się nie załączało. No koszmar.
Kiedy się w końcu o 5.30 wygrzebaliśmy ze śpiworów okazało się, że w nocy dojechało dużo więcej ekip, niż było tu wieczorem. Dziś przed nami odcinek 588 km, pogoda zapowiada się ładna. Po gorącym, długim prysznicu nastroje powróciły dobre, zaraz ruszamy. Jeszcze tylko krótka odprawa przed startem i możemy jechać. Zulka dzwoni często, słyszę, że tęskni, wtedy i mnie dopada tęsknota. Ale damy przecież rade…
***
Ale numer. Od chłopaków z White Elephant wzięliśmy dzisiejszą trasę z Road booka, bo zachciało nam się off roadu. I w góry. I nam w Maroku zawsze przydarza się brak drogi! Tu jej wybitnie brakowało, ciężki sprzęt był dopiero w trakcie przegarniania kamieni, aby w ogóle było przejezdnie. Trzeba było poczekać, nawet dość długo, ale jest. Przedzieramy się przez góry. Od jakiegoś czasu jadą z nami mieszkańcy RPA, tzn. za nami. Sympatyczna para białych Afrykańczyków, którzy porzucili na chwile „race” i przyłączyli się do nas, bo nie mają map. Z dzisiejszego odcinka race’owego chyba niewiele będą mieli:-(
Właśnie zjedliśmy obiad (ze słoika, jak zawsze o tej porze). Mapy pozgrywane, najedzeni, dowysikani, możemy dalej chłonąć marokańskie klimaty. A jest naprawdę na co patrzeć. Uwielbiam dzieci na osiołkach i staruszków w galabijach, choć trochę brakuje mi odwagi, żeby tak face to face robić im zdjęcia. To niegrzeczne. Nas drażnią dzieci, które koniecznie muszą dotknąć samochodu, dostać cokolwiek, choć niby dlaczego? Więc nie chcę zachowywać się tak samo nachalnie i robić im zdjęcia z bliska, choć te akurat byłyby najciekawsze. 
Tutejsze życie toczy się zupełnie inaczej niż nasze, ci ludzie maja zupełnie odmienne priorytety. Dzień i wszystkie zajęcia mu towarzyszące ,polegają na tym, aby zorganizować sobie podstawowe rzeczy do funkcjonowania – zebrać drewno, żeby móc rozpalić ogień, na którym będzie można ugotować to, co przyniesie się z targu. Trzeba iść po wodę, czasem daleko, żeby w ogóle zacząć dzień i mieć z czego ugotować herbatę. I tak wszystko po kolei. My – konsumpcyjny Zachód – skupiamy się na sobie i na tym, jak sobie usprawnić życie, wspomagani szybkorozwiającą się techniką – aby móc skupić się na własnych potrzebach. To wszystko, co tutaj musza zrobić ci ludzie, aby egzystować, za nas maja zrobić maszyny i urządzenia. Tutaj – wręcz przeciwnie.
20.01., czwartek
Jechaliśmy wczoraj długo i do późna. Do obozowiska dotarliśmy dopiero o 23.00. Mięso, które wyjęłam rano z zamrażalki na kolację, dawno się rozmroziło i wymagało obróbki. Zatem – do dzieła! Schaboszczaki świeżo smażone, w środku nocy, o ciemku, na Hamadzie – no to już coś! Załoga była zadowolona, ja też, że porządnie nakarmiłam rajdową rodzinkę.
Dziś po odprawie niedobre wieści – Austriak z Węgrem, których wczoraj spotkaliśmy na jednym z waypointów, kilka godzin później spadli do kanionu w jednym z niebezpiecznych odcinków trasy, o których właśnie na porannej odprawie mówił organizator. Samochód do kasacji, kierowca w szpitalu, pasażer jedzie dalej. No dla nich rajd się skończył, właśnie miedzy innymi dlatego nie kręcą nas wyścigi.
Dzisiejszy odcinek ma ok. 500 km, ale dziś nie bawimy się w race. Dziś pojedziemy trasą turystyczną, może uda nam się zobaczyć cos ciekawego i dotrzeć do obozu wcześniej niż w środku nocy. Noc była bardzo zimna. Moje wyprane wieczorem spodnie zamiast schnąć – zesztywniały. Czyli był mróz, a przynajmniej przymrozek. Poranna toaleta średnio przyjemna w tym chłodzie. Ale dzionek zapowiada się ładny, zresztą kierujemy się na południe, powinno być coraz cieplej. Marzę o ciepłym wieczorze i równie przyjemnym poranku. Bo dziś, mimo że jesteśmy w Afryce, wciąż jestem zmarznięta.
Zuzia dzwoniła, odlicza dni, choć do spotkania na razie więcej niż mniej. Wydaje się być pogodna, chociaż wiem, że trochę udaje i robi dobrą minę do złej gry. Mnie też smutno. Zatankowaliśmy zbiorniki na full i zaraz wyruszamy po dzisiejsze wrażenia.
***
No i dałam ciała jako nawigator już tuż po starcie. Zamiast odbić z głównej drogi w prawo, jak prowadził ślad, na remontowanym odcinku zrobiono krótki objazd i przegapiłam zjazd. Z tej stacji, na której tankowaliśmy, zawróciliśmy po jakichś 20 minutach, ale nie po to, żeby szukać drogi, tylko żeby zobaczyć co się dzieje ze Sławkami, bo coś długo ich nie było. Szybko się okazało, dlaczego. Zanim do nich dotarliśmy, przedzierając się przez górskie drogi w budowie i kilka wiosek, pełnych umorusanych dzieci żądnych „kado” i „stilo”, minęła dobra godzina. Ale za to potem była całkiem fajna off roadowa jazda przez górzyste tereny i kręte ścieżki.
Pogoda coraz ładniejsza, coraz cieplej i jaśniej.
Na zachód Słońca nad Atlantykiem spóźniliśmy się dosłownie kilka minut. Żeby dotrzeć nad brzeg wody, trzeba było ponad 20 km buszować i przedzierać się przez wydmy, piaszczyste (więc znowu dużo kurzu) i słabo porośnięte. Na samą plażę nie udało się zjechać, ale kolorystyka nieba nad wodą była niesamowita. A to rokuje ładny dzień jutro.
Do Fortu Bou-Jerif dotarliśmy mocno wyboista drogą, zresztą Road book to przewidział. Po drodze kilka samochodów zawracało, ale to ci bez napędu 4x4. Camping ok., niestety na ciepłą wodę nie trafiłam, może po prostu poszłam się kąpać za późno i zabrakło.
21.01., piątek
Dziś wstałam wcześniej, niż było w planie, żeby uprzedzić zwolenników ciepłej kąpieli i załapać się na ciepła wodę pod prysznicem. I rzeczywiście byłam chyba jako jedna z pierwszych, tyle, że ciepłej wody jakoś nie było. Zimny prysznic to dla mnie hard core, zwłaszcza rano, kiedy jest ciemno i chłodno. Ale, w sumie, lepszy zimny niż żaden. Wiec drżąc jak osika zrobiłam co trzeba i wróciłam robić śniadanko.
Wczoraj wieczorem Marek grzebał znowu cos przy Toyotce, bo pod koniec dnia zbiesiła się i zaczęła znowu kopcić czarnuchem i stawiać opór. Widać zabiegi były skuteczne, bo dziś znowu się popisuje mocą. No oby tak dalej…
Dzisiejszy odcinek ma ponad 600 km. I dziś zażyliśmy pierwszy Malarone.
***
Po dość długiej jeździe po bezdrożach, już na asfalcie, słabnąca moc silnika znowu spowodowała grobowy nastrój w kokpicie. Prawdopodobnie mamy zapchany katalizator, bo to już ostatnia możliwa z przyczyn takiego stanu rzeczy. Wszystkie inne zaworki zostały otwarte bądź zamknięte i nie pomogło. Coś z tym trzeba będzie zrobić, bo nie wyobrażam sobie, aby taka atmosfera w aucie panowała do końca wyprawy.
Im bliżej Sahary Zachodniej, tym częstsze kontrole policji, już nawet raz żądano od nas „fiszek” z naszymi danymi osobowymi. Mam ich przygotowanych po 15 sztuk dla każdego z nas, mam nadzieje, że wystarczy. Dziwna rzecz tu, i właściwie nienormalna – policjanci na posterunkach są bardzo uprzejmi i grzeczni, życzliwie nastawieni, ale za każdym razem pytają o souveniry. Śmieszy mnie to, bo o ile w przypadku dzieci jestem w stanie to zrozumieć, tak w przypadku urzędnika państwowego, w dodatku na służbie, w ogóle nie.
Próba znalezienia serwisu toyoty w Tan-Tan spełzła na niczym, jedziemy więc dalej.
***
Po konsultacji telefonicznej z Tomem potwierdziły się przypuszczenia Marka, że trzeba wywalić katalizator. Jedziemy więc do najbliższego „normalnego” miasta, do Laayoune, tam znajdziemy warsztat. Sławki pognali przodem, żeby przeprowadzić rekonesans i zlokalizować mechanika, tak będzie szybciej. Nasza dzisiejsza trasa jest długa, my się wleczemy, szkoda czasu. Posuwamy się na południe, nad Atlantykiem, ściślej nad samym jego brzegiem. Wokół płaskie jak stół wydmy, prosta kreska szosy i bezkres błękitu wody, gdzieś bardzo daleko ledwo graniczący z niebem. Ciepło, 26 stopni, zaczynamy czuć, gdzie się znaleźliśmy. 
***
Robi się coraz fajniej! Po prawej białe grzywy oceanicznych fal, a przed nami i po lewej złote wydmy piasków Sahary. To połączenie dwóch różnych obrazów przywiodło mi na chwilę na myśl, że cos tu się nie zgadza, że to nadmiar uroku. Bo już sam ocean, który na wygląd nie różni się przecież od innych mórz, sprawia, ze się odczuwa odległość od domu, sama świadomość, że to Atlantyk właśnie. Piaski pustyni tuz przy nim to druga wielka atrakcja w tym rejonie świata, a już dwa te elementy razem w zasięgu wzroku robią na mnie piorunujące wrażenie.
Później
Czekamy na naszych towarzyszy przy wjeździe do Laayoune, oni tam gdzieś szukają warsztatu. Gdyby Tom przy odbiorze auta powiedział od razu zdecydowanie, że katalizator trzeba wypierniczyć, dziś nie mielibyśmy problemu. Teraz cała nadzieja w tym, że znajdzie się jakiś bystry mechanik, który nam problem rozwiąże. Właśnie przez CB odezwał się Sławek, że mają takiego chętnego. Jedziemy.
Wieczorem
Laayoune na długo pozostanie nam w pamięci. To tutaj przez 5 godzin wnikliwie zapoznawaliśmy się ze zwyczajami i życiem lokalnej społeczności, na rogu dwóch ruchliwych ulic, w dzielnicy warsztatów naprawczych. Tudzież z tubylcami. 5 godzin, bo tyle czasu zajęło sympatycznemu mechanikowi usprawnienie Toyoty. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z chłopcem, który równie dobrze może być synem jak i bratem naszego naprawnika. Miał na oko 12 lat i sympatyczny uśmiech. Zanim prace przy aucie na dobre się rozpoczęły, przyniósł nam, nie
wiadomo skąd, 2 krzesła, bo podpieraliśmy ścianę domu stojąc. Aby zyskać na czasie, poszliśmy cos zjeść i podwójna z tego korzyść, bo w sklepiku ze sprzętem SONY, na który trafiliśmy przypadkiem, udało nam się kupić ładowarkę do kamery, której nie zabraliśmy z domu. W ogóle to śmieszna sprawa, bo facet sprzedał nam ładowarkę i kabel, które były w komplecie z nowa kamerą, i w ogóle nie oczekiwał, że kamerę tez kupimy. Po powrocie pod warsztat okazało się, że nasz mechanik zniknął z naszym katalizatorem. Samochód zostawił na ulicy z otwartą maska, jego warsztat z całym dobytkiem także pootwierany i bez nadzoru, a chłopaka brak! Dość długo
trwało, zanim się pojawił. W międzyczasie zabrano krzesła, ale poczęstowano nas ,znaną nam już, mocną miętową marokańska herbatą. Po prostu full serwis, dbałość o klienta na dobrym, europejskim poziomie:-) A że warunki nieco inne? No i co z tego, co kraj to obyczaj. Ludzie tu gościnni jak widać, uprzejmi i skorzy do pomocy.
Jest już późno i ciemno, na camping zajedziemy za co najmniej dwie godziny, ale za to, mam nadzieję, sprawnym autem. Ekipa naszych towarzyszy dzielnie przy nas trwa, doceniamy i dziękujemy. Liczę na to, że jutrzejszy dzień, kolejne 600 km, dostarczy nam różnych wrażeń i ekscesów, byle oprócz tych technicznych.
22.01., sobota
Dziś dzień pustynny. Zafundowaliśmy sobie kilka godzin jazdy po piaskach, po wielkiej, bezkresnej, totalnie cichej i pustej pustyni. Wcale nietrudno sobie wyobrazić, jak łatwo można
się tutaj zgubić nie mając gps-a. My na szczęście mamy, więc się nie pogubiliśmy i spędziliśmy całkiem miłe pół dnia w tych piaskowych warunkach. Wróciliśmy na asfalt nad ocean i już za chwilę mieliśmy przed oczami piękną, turkusowa zatokę z plażą wielce zachęcającą do zrobienia na niej popasu na obiad. Jednak nie było tak pięknie, jak to sobie wyobraziliśmy. Toyota ugrzęzła na dobre w wilgotnym piachu, nie dając nam szans na spożywanie obiadu w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Zaraz tez pojawili się lokalesi z ciągnikiem, mieszkający na klifie nad plażą w obskurnej, szmacianej wiosce. Ale i to nie pomogło. Zatem użyto niezawodnej siły rąk kilkunastu chłopa i wypchali naszego stwora na
bardziej pewny grunt. Dokumentacja filmowa pełna, film będzie ciekawy o tyle, że to wszystko rozgrywało się w naprawdę malowniczej scenerii. Równie malowniczo musiało się prezentować na naszych twarzach rozczarowanie z powodu niezjedzenia tu obiadu. A wystarczyło zawczasu spuścić z kół powietrze… Zmierzamy ku mauretańskiej granicy, jutro musimy się przez nią przedostać, a to z pewnością nie będzie ani łatwe, ani nie pójdzie gładko. Cała nadzieja w tym, że może przy takiej ilości samochodów rajdowych podjeżdżających do odprawy o jednej porze, usprawnią trochę procedury i pójdzie to wszystko szybciej, niż wszystko na to wskazuje. Ciepło, ciepło, coraz cieplej, dziś 26 stopni!
*** Właśnie minęliśmy „Tropic of cancer” – Zwrotnik Raka. W środku niczego tabliczka obłożona kamieniami i pamiątkami, które zostawiają tu turyści. Takie niepozorne miejsce na Ziemi, a jakie znaczące miejsce zajmuje w geografii świata…
23.01., niedziela
To był najbardziej nieoczekiwany kemping, na jakim mieliśmy kiedykolwiek okazję nocować! Kemping to oczywiście metafora. Nasza wiedza na temat noclegu ograniczała się do tego, że będzie to nocowanie przy drodze tuz
przed granicą z Mauretanią, która otwierają dopiero o 8.00 rano. „Przy drodze” okazało się być miejscem w kolejce do granicy, bezpośrednio na asfaltowej szosie do niej prowadzącej. Zaskoczenie to mało powiedziane. Wokół puste tereny, ale nie ma mowy o tym, żeby chociażby oddalić się kilkadziesiąt metrów w ustronne miejsce za potrzebą, bo zaraz lokalesi się ujawniają i kategorycznie nakazują powrót do samochodu, bo to tereny zaminowane. Więc sikanie pod samochód, prysznic przy samochodzie, cała reszta – jedzenie, spanie, toaleta – w samochodzie. W sumie sprawnie nam to poszło, mamy wygodne Auto, można się w nim w całości schować i spokojnie zrobić to, co należy. Z Jeepkiem byłoby trudniej, nie jest taki
przestrzenny i pojemny. Gorzej mieli ci, co swoje namioty ustawiali na asfalcie. Nie dość, że musieli się przeciskać między sznurkami aut, to jeszcze chyba dość twarde to spanie. Czuliśmy się jak na rumuńskim obozowisku, dzieci świata, bezpańskie psy.
Wygląda na to, że czeka nas długi postój w oczekiwaniu na przekroczenie granicy.
***
O 8.40 pojawiła się pierwsza informacja, że należy pobrać różowe fiszki do wypełnienia. Z tymi fiszkami i paszportami do punktu odprawy paszportowej. Tam kolejka, więc czekaliśmy ok. 40 minut, aż celnik odgoni wszystkie atakujące go muchy i wbije nam w paszporty po pieczątce. Strasznie dużą wagę oni tu przykładają do stempelków. Kiedy to się wreszcie stało, idziemy dalej, do następnego budyneczku, gdzie gościu zbiera zielone kartki, które otrzymaliśmy wypełnione przy wjeździe do Maroka. Teraz już możemy pojechać pomiędzy graniczne budki i czekać na dalsze wydarzenia. To dopiero Sahara zachodnia, jeszcze przed nami druga część odprawy. Potem przeprawa przez pole minowe i dopiero mauretańska granica. I cały ten cyrk od nowa.
*** 
Po kolejnych 2 godzinach oczekiwania i odstaniu jeszcze godziny w kolejce do ostatniego już marokańskiego okienka, wjeżdżamy w pas ziemi niczyjej. Jak donoszą źródła, teren ten nie został nigdy rozminowany i należy się tu poruszać wyłącznie po wyjeżdżonych szlakach, zboczenie z nich grozi utratą życia. Nie wiem tylko, jak sobie radzą wielbłądy, których tu mnóstwo i drepcą sobie dowolnie gdzie chcą. Pełno tu także wraków samochodów, ale to nie pozostałości po wybuchach, tylko opuszczone i zdewastowane auta przemytników. Słońce pali niemiłosiernie, Sławka termometr wskazuje 28 stopni, nie ma cienia, nie ma się gdzie schować. I pewnie będzie jeszcze goręcej. czekamy teraz na mauretańskie procedury, jest 12.40.
Później
15.15 – Ufff! Wjechaliśmy do Mauretanii!
Oj, źle się zadziało, bardzo źle. Jedna z polskich załóg, niedawno przez nas poznana, dachowała dużym samochodem, tuż tuż po zjeździe z granicy. Niewiele wiemy, tyle tylko, że Jurek jest w szpitalu i trzeba sprowadzić do obozu jego samochód. Marek I Sławek pojechali z odsieczą, wrócą pewnie późno. Wczoraj podobno jedna z polskich ekip utonęła na plaży – zabrał ich przypływ. Tzn. nie dosłownie i na amen, ale auto się nieźle podtopiło. Ale też wiele więcej nie wiemy. Mam nadzieje, że Jurkowi nic nie jest, głupio byłoby jechać dalej ze świadomością, że komuś, kogo dopiero co poznaliśmy i sympatycznie spędziliśmy wieczór, zdarzyło się cos paskudnego. Oby to były tylko obrażenia zewnętrzne, nie wymagające hospitalizacji. Czekamy niecierpliwie na powrót chłopaków, tymczasem obozowisko rozbiliśmy na pustyni, tuż przy wydmach. Miejsce jest genialne, dopóki nie zaszło słońce było gorąco, ale znośnie, bo niebo lekko zachmurzone.
Późnym wieczorem
No niestety wieści nie są pomyślne. Jurek w szpitalu, auto w opłakanym stanie. Nie wygląda to dobrze.
24.01., poniedziałek
Jest 8.30, dzień ponury jak na afrykańska pustynię, tak mi się wydaje. Niebo dość mocno zachmurzone, 16 stopni. Właśnie dojechaliśmy do punktu, w którym podobno w 2005 roku wylądowało Ufo. Rząd Mauretanii ten fakt zataił, ale się nie dziwię, bo ja tu nic nie widzę. Parę kupek żwiru, no może tylko kogoś zastanowił ich układ w półokręgu.
Dziś będzie dużo przepraw przez piaski plaż i Park Narodowy. Na noc mamy dojechać do plaży B2 i tam rozbić obóz.
***
Wjechaliśmy na teren Parc National du Banc d’Arguin, przedtem ostro negocjując cenę biletu ze strażnikami. Przewodnik podaje, że wstęp powinien kosztować 1200 tych ichnich, czyli ok. 3,5 euro, a tu panowie
zażądali po 10 euro za osobę! Dzięki znajomości francuskiego i zdolnościom negocjacyjnym Ewy wjechaliśmy za 3,5 euro. Na razie krajobraz się nie zmienił, czyli pustynia, pustynia, pustynia. Tylko miękkiego piasku coraz więcej. ***
Spuszczamy powietrze z kół, bo na pełnych nie przebrniemy przez te hektary piachu, a nie chcemy, żeby nam się przydarzyło tak, jak onegdaj na plaży…, Jedziemy, jedziemy, wszędzie piach, suchy piach. Po drodze zbieramy drewno na wieczorne ognisko. Na nocleg możemy zjechać dopiero po 20.00, kiedy to skończy się ostatni odpływ. Docieramy do wybrzeża Atlantyku. I tu wreszcie, na plaży, nad samą wodą, robimy sobie obiad i, dla chętnych, kąpiel w
słonej wodzie. Tudzież Marek prysznic i zaległe golenie. Niestety przy odjeździe okazuje się, że zawieruszyły się gdzieś Marka kluczyki od samochodu. Mam nadzieję, że znajdą się najdalej przy porządkach w aucie po powrocie. Bo jeśli nie, to by oznaczało, że spadły w piasek na plaży i tam się zakopały.
***
Dziś nocleg na plaży. Miejsce cudne, wydmy i ocean. Wokół pustka. 25.01., wtorek Ale się dziś dobrze spało! Ocean szumiał kojąco, nad głowami rozgwieżdżone niebo, które przez nasze okno dachowe zdawało
się przenikać do środka i można się było poczuć jak w kosmosie. Wszędzie czuję piasek, permanentne wymiatanie go z auta na nic się nie zdaje. Teraz jedziemy 160 km plażą, do stolicy Mauretanii Nouakchott. To niesamowite doznania, z lewej pustynne wydmy, z prawej ocean, woda prawie pod kołami! Słońce świeci dziś jak szalone, jest wcześnie, więc nad piaskami unosi się jeszcze poranna warstwa mgiełek. Czarnoskórzy mieszkańcy nadbrzeżnych rybackich wiosek pozdrawiają nas życzliwie. Równie życzliwie żegnało nas wojsko, które także i tej nocy obstawiało i patrolowało nasze obozowisko. Co 200-300 metrów samochód z grupą uzbrojonych żołnierzy, czarnych jak smoła, z turbanami na glowach zamiast
beretów czy rogatywek. Dość swoisty to widok. Stanowiło to pewien problem w poszukiwaniu miejsca na załatwianie potrzeb fizjologicznych, bo na pustyni trudno znaleźć coś, za czym można by się schować. Ale jak się zrobiło ciemno…
Jedziemy wciąż plażą. Jest pięknie! Te widoki sofiście wynagradzają niewygody, które są charakterystyczne dla tego rodzaju podróży.
***
Wjeżdżamy do stolicy. Trzeba bardzo uważać, bo tu każdy jeździ jak chce, często swoja wole skrętu w nieoczekiwanym miejscu, bądź wyjazd z podporządkowanej wymuszający pierwszeństwo sygnalizując klaksonem.
Dużo, dużo czarnego Luda, czarnego jak smoła. Myślę, że nie ma bardziej czarnych czarnoskórych niż tutejsi mieszkańcy. To już prawdziwa Afryka! Rozbijamy obóz na kempingu u wrót miasta i oddajemy się błogiemu, leniwemu biwakowaniu. Jest wcześnie, jest jasno, jest gorąco. Robie pranie, potem obiad, kawę. Potem kolejna kawę i tak nam czas płynie. Przed zmrokiem idziemy wszyscy na spacer po plaży. Nasze zdziwienie jest wielkie, kiedy okazuje się, że mamy obstawę. Idzie z nami żołnierz, który musi nam towarzyszyć ze względu na bezpieczeństwo. Widać cos nam grozi.. W sumie nie przejmujemy się tym zbytnio, jesteśmy w grupie, blisko kempingu, ale coś w tym widać jest, bo innym spacerowiczom także towarzyszy ochrona. Żołnierz już za chwilę idzie nie za nami, tylko z nami. Zbiera dla nas, dziewczyn, muszelki, których tu mnóstwo, ale on wybiera takie ciekawsze, poskręcane. Docieramy do targu rybnego. Szumno tu, gwarno, czarno od czarnych lic i kolorowo od tego, jak są poubierani tubylcy. To kolejna rybacka wioska, domostw prawie nie widać, ale za to mnóstwo, mnóstwo lodzi.
Tu chyba wszystko kręci się wokół morza. Żołnierz nie pozwala nam robić zdjęć. Wracając wypytujemy go (ustami Ewy oczywiście) o sprawy bezpieczeństwa w Mauretanii, o powrotna jazdę nocą. Chcemy dać mu jakieś gadżety, ale nie mamy przy sobie, a on nie może pójść z nami do naszych namiotów. Dziewczyny biorą mapy i upominki i idą do miejsca, gdzie stacjonują żołnierze, żeby jeszcze pogadać i zasięgnąć informacji.
U nas stała się przykra rzecz – awaria anteny satelitarnej. Nie mamy kontaktu z Zuzią! Już widzę, jak się dziecko martwi. Wieczorem proszę Sławka o telefon i od niego wysyłam do Zuzi sms-a. Nasze komórki nie działają.
26.01., środa
Dziś bardzo wczesny wyjazd, już o 5.00. Jedziemy do Dakaru, trasa długa, a przed nami granica z Senegalem, pewnie znowu wielogodzinna.
***
Jedziemy przez Park Narodowy szeroka groblą, czy raczej wałem
oddzielającym rzekę Senegal od jej rozlewisk. W tym parku żyją podobno m.in. guźce. Na razie były konie, długorogie krowy, mnóstwo ptactwa, w tym pelikany i jakieś czaple bądź czaplopodobne ptaki, ale guźca ani oko wykol.
***
Po 4 godzinach wyczekiwania i przydreptywania z nogi na nogę jesteśmy w Senegalu. Do Dakaru mamy 250 km, dobrze że już tylko asfaltową drogą. Na granicy najpierw nam powiedziano, że dokumenty wjazdowe, które wykupiliśmy od organizatora rajdu, są nieodpowiednie i że będą nas konwojować po 20 aut do jakiegoś innego urzędu, żebyśmy wykupili cos tam za kolejne 80 euro. Więc pozbierali paszporty, żeby ustalić listy tych konwojów. Po 2 godzinach stwierdzili, że wezmą łapówkę po 15 euro od samochodu i raptem okazało się, że żaden dodatkowy dokument nie jest potrzebny.
Na granicy mnóstwo żebrzących dzieci i grupka młodych Senegalek. Ładne one wszystkie, mimo, że takie czarne.
***
Na pierwszy rzut oka senegalskie społeczeństwo jest bogatsze od mauretańskiego. Wioski przypominają wioski, są murowane domy, jest jakieś życie, kręcą się sprzedawcy rzeczy różnych, coś się dzieje. Oczywiście wciąż daleko odbiega to wszystko od nawet najbiedniejszych polskich wiosek, ale już za czymś ich życie tu wygląda. Krajobraz na razie nie różni się od tego co przed granicą, suche trawy na żółtym, pustynnym podłożu, z rzadka niewysokie drzewa. Co tutaj jest bezsprzecznie piękne – to kobiety i dzieci. Kobiety przy czerni swojej skóry ubierają się bardzo kobieco i kolorowo w długie szaty. Na Glowach maja
sprytnie i fikuśnie upięte chusty czy szale, niektóre w dość zabawny sposób, ale całość tworzy bardzo egzotyczna jakość i wygląd. Są i takie, co lubią błyskotki, a te brokatowe i cekinowe elementy garderoby lśnią w słońcu i dodają całości nieco jakby karnawałowego, albo może bardziej bazarowego, blasku. We wsiach, ale nie tylko, noszą tu kobiety na głowach wiaderka bądź kosze z woda, owocami i pewnie wszystkim, co trzeba przetransportować do domu. Nie podtrzymują nic rekami, a poruszają się z gracją i wyprostowane. Maleństwa – śliczne, czarne niemowlaczki – cały okres wczesnego dzieciństwa spędzają u mamy na plecach, zawinięte, albo raczej przywiązane chustą. Przyglądałam się na granicy jednej młodej mamie, jak sobie radzi z „założeniem’ tam dzieciaczka – dla mnie zgroza, ale
ona zdawała się wcale nie przejmować tym, że jej synek może w każdej chwili zsunąć się i upaść na ziemię. I dla dzieci jest to z pewnością o tyle fajne, że cały czas czują ciepło mamy, i nie płaczą w ogóle. Tylko że nie widza nic poza jej plecami, i kiedy nie śpią, przekładają główki z jednej strony na drugą, jakby cały czas szukały lepszego widoku.
Za 100 km będziemy w Dakarze.
27.01., czwartek
Ostatecznie nie wjechaliśmy do Dakaru. Musieliśmy najpierw zajechać na planowany dla grupy kemping do Lac Rose, żeby oddać torby Jurkowi, których po wypadku nie miał gdzie zabrać i mu je wieziemy. Zrobiło się już jednak późno, więc zdecydowaliśmy się zostać na noc tutaj. Wieczór był ciepły, tylko wiał chłodny wiatr. Próba wykupienia bungalowu spełzła na niczym. Murzyn oczywiście koniecznie chciał nam go sprzedać, ale nam chodziło nie tyle o łóżko do spania, co o prysznic i kibelek. Prysznica nie było, Malo tego, w domku tak śmierdziało stęchlizną, że już na wejściu mi się odechciało tych luksusów. 
Dziś też mamy długa trasę, ponad 560 km, ale na koniec dojeżdżamy do Niokolo Koba, największego Parku Narodowego w Senegalu. Mam nadzieje zobaczyć tam dzika zwierzynę, bo
na razie w tej Afryce tylko kozy, osły i ptactwo. Podoba mi się Senegal. Może to zabrzmi dziwnie, ale chyba największy koloryt stanowią jego piękne mieszkanki w swoich barwnych strojach. Nie mogę się napatrzeć na te cudne kolorowości, najchętniej robiłabym zdjęcia wszystkim. Dodatkowy, nie bez znaczenia, plus Senegalu to to, że wszędzie maja świetny zasięg telefony komórkowe, więc od wczoraj mamy wreszcie znowu łączność z Zuzią.
***
Jechaliśmy przez wioski i miasteczka, te bardziej i te mniej ucywilizowane. Te bardziej – murowane. Te mniej – chatynki albo z gliny, budowane „na okrągło”, z daszkami krytymi strzechą, albo całe z trzciny. Pomiędzy domkami – boża obórka – kózki, osiołki i półnagie dzieci. Po południu dojeżdżamy do bramy parku Niokolo Koba.
28.01., piątek
Dżungla w ogóle nie przypominała tego, czym miała być, takie lasy to i u nas są. No, może tylko bez palm i kopców termitów, których tu od groma. Oprócz trzech guźców i dwóch małp z daleka, nie było żadnego zwierza. A gdzie te lwy, gdzie słonie??? Kemping w dżungli był o tyle fajny, że tu już zrobiła się afrykańska pogoda, wczoraj po południu było 38 stopni, a wieczorem 26. Wykupiliśmy pokój w „hotelu”, ale nawet nie pomyślałam o tym, żeby tam nocować. Fuj, stęchlizna i ponuro. Ale za to wszyscy mieliśmy na wyłączność kibelek i prysznic, to nic, że z zimna wodą, ale było intymnie. Dziś, wracając przez tę niby-dżunglę,
rozmawialiśmy sobie, że to wielka strata być 30 km od Dakaru i do niego nie wjechać. Taka okazja już się pewnie nie powtórzy. Nawet jeśli wrócimy do Afryki (ja bardzo chętnie), to zapewne już nie w te okolice. Teraz okazuje się, że mieliśmy szczęście tam nie jadąc. Ekipy, które wybrały się do Dakaru, wróciły z powybijanymi szybami i obrzucone kamieniami. Dziki to kraj. Mimo, że będąc tutaj nic nam się nie przydarzyło i, jeśli chodzi o nas, obawy znacznie się zmniejszyły, to jednak takie sytuacje pokazują, że tu wciąż wszystkiego można się spodziewać. Jedziemy do granicy Mali, żeby odstać zwyczajowe kilka godzin i dotrzeć do Kayes. Jest 8.30, 22 stopnie.
***
Do granicy dojechaliśmy z jednym krótkim, technicznym postojem. Toyota znowu pokazała rogi i po kolejnym telefonie do Toma ustaliliśmy, że ostatnia możliwa przyczyna to zapchany tłumik. Trzeba go więc było zdemontować. Jedziemy więc bez tłumika i rury wydechowej. Głośno, ale śmigamy przednio. Na granicy niesamowicie szybko – tylko 1,5 godziny, ale za to w 40-sto stopniowym upale. Troszkę się zachmurzyło, ale wciąż jest gorąco, tyle że nie pali jak oszalałe to afrykańskie słońce. Zobaczymy jak będzie dalej, bo Kayes to podobno najgorętsze z miast Afryki, temperatura powietrza wspomagana jest przez rozległe złoża żelaza, które się z pewnością nieźle nagrzewa. Mal qucken, mal schauen, jak to mówią Niemcy. Zobaczymy. Na razie Mali nie różni się od Senegalu. I krajobraz podobny, i społeczność równie czarna i kolorowa.
***
No i „zong”. Sławkowi skończyło się paliwo, szczęściem w ostatniej chwili, tuz po przekroczeniu granicy, znaleźliśmy stacyjkę. Nędznie wyglądała, ale paliwo było. Tyle, że bardzo kiepskie. Po kilu kilometrach Patrol zaczął biało dymić i odmówił dalszej jazdy. Więc ciągniemy go na linie do miejsca noclegu, zostało tylko 16 km, więc nie jest źle. Jest wcześnie, dzięki ekspresowej odprawie jest dopiero 15.20, więc będzie jeszcze jasno, kiedy dojedziemy. 
***
Po dotankowaniu paliwa na kolejnej stacji nie było poprawy. Doholowaliśmy Patrola z Załogą do obozowiska. Tu okazało się, że pompka paliwa jest do wymiany. Marek, Sławek i Ewa pojechali więc do miasta w poszukiwaniu nowej pompki. My z Jolą zostałyśmy na biwaku, racząc się kawą, pogaduszkami i słodkim lenistwem w bardzo ciepły, prawdziwie letni styczniowy wieczór. Nocne niebo nad Afryka jest zachwycająco piękne.
29.01., sobota
Dziś przedostatni dzień w podróży do Bamako, jutro dotrzemy do celu. Sławek pół nocy reperował auto, dziś od rana dalej, jakaś szansa jest, że pojedzie. A my dziś, mimo późnego, bo dopiero po 9-tej, wyjazdu, wstaliśmy wcześnie i korzystamy z tego pięknego ciepłego poranka. Marek
zafundował mi prysznic z, jak się okazało, jeszcze gorącej wody! Spokojne śniadanko, leniwa po nim kawa. A na deser telefon do Zuzi. Są już ferie, więc Zuźka jest u babci. Jest 8.30, słońce już mocno świeci i grzeje. Jak to możliwe, że w Polsce mróz?
***
Niestety z Kayes nie udało nam się wyjechać zgodnie z planem Z Patrola leje się paliwo, robimy więc przerwę techniczna na stacji. Marek próbuje dolać wody do naszego zbiornika, Sławek podejmuje kolejna próbę ratowania pompy. Momentalnie obstępuje nas gromada obdartych dzieci. Godzinna naprawa nie pomogła pompie niestety. Wyjeżdżamy poza Kayes i tam, pod krzaczkiem dającym mizerna ilość marnego cienia, znowu akcja naprawcza. Marek chce pomóc, ale nie bardzo jest jak i co. Po jakimś czasie okazuje się, że jakiś mały plastikowy trójnik pękł i nie ma zastępczego. Trzeba wrócić do Kayes i poszukać. Bierzemy więc Ewę i jedziemy. Po ponad godzinie i odwiedzinach kilku strasznie rupieciowato wyglądających sklepów, jesteśmy powrotem.
Tu niespodzianka baaaardzo miła – czeka na nas przygotowany przez Jolę obiad!
Jest 15.30, wyruszamy w końcu do Diemy. Temperatura 42 stopnie. Nie ma czym oddychać, pot ścieka po plecach jak woda.
30.01., niedziela
Jeszcze kilka krótkich przestojów zrobiliśmy, zanim o ciemku dotarliśmy do Diemy. Odcinek był stosunkowo krótki, więc wszyscy ci, którzy wyjechali rano, dotarli tu wcześnie i kiedy dojechaliśmy, towarzystwo było już mocno rozbawione. Miały tu być jakieś atrakcje po południu – mecz z tubylcami i pokaz tańców regionalnych w towarzystwie bębniarzy. Nas to ominęło, ale jakoś nie żałuję. Wieczór spędziliśmy przy uratowanej przez Jolę buteleczce żołądkowej gorzkiej. Zbiegły się murzyńskie dzieci, Marek z nimi tańczył i tak go rozczuliły, że rozdał im prawie cały zapas cukierków.
Zasnęłam jak dziecko, obudził mnie nocny wybuch gdzieś niedaleko. Nie wiem, co to było, ale brzmiało groźnie. I Halasy wkoło samochodu, ktoś chodził i zdawało mi się, że zbiera nasze naczynia ze stołu. Rano się okazało, że naczynia pozbierała Jola, a ten ktoś zbierał stolik. I jedno krzesło. Cóż, bieda wkoło, aż piszczy, może komuś przyda się takie umeblowanie „mieszkania”.
Dziś dzień mety – wyruszamy do Bamako, mamy 340 km. Chcemy znaleźć hotel i przygotować się do drogi powrotnej. Posprzątać samochód, zatankować paliwo. To będzie maraton, trzeba się dobrze wyspać, bo wyruszamy bardzo wczesnym rankiem. Zulka czeka przecież.
31.01., poniedziałek
Do Bamako dotarliśmy wcześnie, w okrutnym upale i pełnym, palącym wręcz słońcu. Podjechaliśmy najpierw pod hotel, aby znaleźć pokój i wymienić pieniądze. Tu niegramotna recepcjonistka procedurę zameldowania odczyniała przez 30 minut (masakra!), a na dodatek podwójnie skasowała nas za pokój. Więc awanturka, anulacja transakcji, ponowna transakcja itp., itd., więc trwało to i trwało. Zaraz potem poszukaliśmy (no tak, bo nie tak łatwo było ja znaleźć) metę rajdu, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. 
Meta nas rozczarowała – po pierwsze , jak wspomniałam, trudna była w zlokalizowaniu i dwa razy przekraczaliśmy most na Nigrze, żeby wreszcie trafić. Po drugie – nie było żółtego balonu Budapeszt - Bamako jak na starcie, tylko dmuchana bramka wjazdowa z reklamą Orange. Na wieczór zaproszono wszystkich uczestników na party pożegnalne. Tymczasem my wracamy do hotelu. Chłopaki jadą umyć i zatankować samochody, a my dziewczyny meldujemy Sławków w hotelu. I znowu ta sama leniwa i niezorganizowana procedura. Wreszcie – własny pokój z łazienką i gorącą wodą. I z dużym łóżkiem .To nagroda za dwutygodniową tułaczkę.
Wieczorna impreza zaczęła się tak kiepsko i tak kiepsko rokowała, że po 15 minutach wróciliśmy do hotelu. Wyjazd zaplanowaliśmy na godzinę 4.00.
Teraz jest 8.40, jedziemy zgodnie z planem i w dobrym tempie. Opanowałam poruszanie się po zapleczu samochodu w trakcie jazdy, spokojnie można szykować jedzonko, wszystko jest pod ręką i miejsca dużo. Tylko kawy jadąc nie da się zrobić. Za bardzo trzęsie, woda chlapie, a nagły podskok mógłby spowodować rozlanie i poparzenia. Ale cała reszta jest ok. Jedziemy, przed nami 7000 km, mamy tylko niecałe 6 dni, w tym 3 trudne granice.
***
Pierwsze 400 km od rana przemknęliśmy dosłownie błyskawicznie – zero ruchu, dobra droga. Granica Mali z Mauretanią tez przeszła nadzwyczaj dobrze – zajęła nam raptem 40 minut. W sumie na to liczyłam, że jak będziemy sami, to pójdzie to sprawniej niż odprawa na raz 200 załóg. W Mauretanii niestety dobra passa się skończyła – droga ma ospę, dziura na dziurze, więc prędkość słaba. A Mauretańczycy oszaleli – co wiocha to szlaban na wjeździe i wyjeździe, a każdy żandarm woła o fiszki ( jeszcze niedawno miałam ich po 40 na głowę, jak tak dalej pójdzie nie starczy na Maroko) i o prezenty. Rozdaliśmy parę długopisów, ale jest to zjawisko tak nagminne, że już nam się nie chce. Upał jest niemiłosierny, 45 stopni, dmucha gigantyczna pustynna suszara, wiatr zamiast chłodzić parzy skórę. Dobrze, że działa nam Klima i woda w chłodnicy nie grzeje się jak w jeepie, bo wytopilibyśmy się na skwarki. I to wcale nie żart. Żadna cola, żaden red bull nie gaszą pragnienia, tylko zwykła, niegazowana woda.
Dziś znowu byliśmy zaproszeni na obiad do Joli – tym razem krupnik. Pyszności. Koniecznie na następną wyprawę muszę nabyć te cud-zupki.
01.02., wtorek
Albo Mauretańczycy maja hopla na punkcie biurokracji i marnotrawstwa papieru, albo w Mauretanii naprawdę jest niebezpiecznie. Jechaliśmy wczoraj do 1 w nocy i przez te kilkaset kilometrów oddaliśmy na posterunkach po ponad 40 fiszek. Posterunki są praktycznie co kawałek. W jednym miejscu, kiedy zrobiło się już późno, zatrzymaliśmy się na szybkie przygotowanie kawy tuz przy jednym z takich szlabanów. Ostrzeżono nas, żebyśmy tu przypadkiem nie nocowali, bo grasują tu bandyci. A więc cos jednak jest na rzeczy. Im głębiej w noc, tym żandarmi bardziej uzbrojeni – my się zatrzymujemy, a tuz przy nas wychodzi z budki uzbrojony po zęby żołnierz. Cos to więc pewnie znaczy. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy dojechać aż do Nouakchott, tym sposobem zrobiliśmy wczoraj 1400 km. Za to noc była krótka, zanim przygotowaliśmy wynajęty bungalow do spania (bo się okazało, że w łóżku były ślady myszy, więc trzeba było przynieść z auta śpiwory i zrobić posłanie obok), zanim prysznic, zanim zasnęłam, zrobiła się druga nad ranem. A o 6.00 obudziliśmy się pogryzieni przez komary.
Teraz jedziemy w kierunku Sahary Zachodniej, Marokańczycy odprawiają na granicy cyrk, dobrze byłoby dostać się tam jak najszybciej, tylko że mamy prawie 500 km. A jeszcze najpierw Strona mauretańska. Dobrze, że jedziemy od rana, bo tę granice zamykają o 18-stej i później trzeba by było nocować znowu w oczekiwaniu na otwarcie szlabanu.
Pada deszcz, jest 20 stopni, wokół znowu pomarańczowe piaski pustyni i prosta, długa droga. Przynajmniej nie tak dziurawa jak ta wczoraj, pomiędzy Diemą a Kiffą. Toyota stawia opór, ciekawe kiedy jej się znowu odwidzi. Szkoda, bo cierpi na tym nastrój jej załogi.
Od wczoraj nie ma zasięgu, a więc i brak kontaktu z Zuzią. Ale zaraz za granica powinien się zasięg pojawić.
02.02., środa
Wczoraj jazda była do kitu. Co prawda granica nie była problematyczna, zabrała nam tylko 1,5 godziny ( z czego 20 minut Mauretania, reszta „cywilizowani”, zdawać by się mogło, w stosunku do dalszych afrykańskich państw, Marokańczycy), ale szło kulawo, bo rozpętała się burza piaskowa. No nie taka chyba z prawdziwego zdarzenia, ale na tyle silna, że jechało się fatalnie. Silny wiatr spychał Auto i trzeba było kurczowo trzymać ster, a piasek strumieniami zawiewał drogę. I tak prawie całe 600 km, bo tyle mięliśmy do Boudjur, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Dotarliśmy o północy, jeszcze tankowanie, żeby rano było szybciej. I do hotelu, gdzie „hotel” to oczywiście eufemistyczna nazwa norki w lokalnym standardzie. Dobrze, że śpiwory nie są na stałe wpięte w namiot i można się z nimi przemieszczać. Tudzież zabrać do norki. 
Rano Marek podjął ostatnią z możliwych prób przywrócenia mocy czarownych naszej Toyotki. Wczoraj wysłaliśmy opisowego sms-a do Toma, naświetlając chorobę auta, a on zasugerował jeszcze wymianę filtra paliwa. Bo tak, to on jest bezradny, tak napisał. Marek co prawda nie wierzył w cud, ale dla spokoju sumienia przed śniadaniem filtr wymienił. Nie wierzył i niestety miał rację. Dalej pyrkamy jak kolaska hrabiego.
Przed Laayoune Patrol znowu zaczął gubić paliwo. Widać to miasteczko przyciąga nas do siebie, bo znowu tutaj zajechaliśmy, tym razem już do konkretnego mechanika – tego, który nas wspomógł – po nowa pompę paliwową. Teraz my jedziemy pomału w stronę Agadiru, chcemy dziś jechać do końca, tzn. do Tangeru, aby rano wsiąść na prom. A dziewczyny i Sławek reperują auto, będą nas gonić. Może nawet już gdzieś tam za nami są. Droga cały czas wiedzie wybrzeżem Atlantyku, wieje silny wiatr i fale są bardzo wzburzone. Piękny to widok.
03.02., czwartek
Po 24 godzinach począwszy od wczorajszego poranka docieramy do Tangeru. Przed nami jeszcze przejście graniczne Maroko – Hiszpania, przeprawa promowa i znowu będziemy w domu. No, nie całkiem jeszcze, przed nami wciąż szmat drogi, ale w Europie. Całą noc jechaliśmy już po autostradach – Agadir, Marrakesz, Casablanka, Rabat. Ta część infrastruktury Maroka w ogóle nie wskazuje na afrykańskie umiejscowienie. Autostrady gładkie jak stół, stacje serwisowe na dobrym, europejskim poziomie. Dobrze, że nie byliśmy w tych okolicach przy pierwszym pobycie w Maroku, bo byłabym zawiedziona poziomem cywilizacji. A tak – pozostało wrażenie innego, dzikszego świata. Dziś wiem, że to tylko wrażenie, bo prawdziwa, czarna Afryka zaczyna się dalej, w Mauretanii. Maroko to tylko wrota i przedsmak tego, co widzieliśmy podczas tej podróży. A były to wrażenia, jakich nie zatrze żaden ślad i nie odda żadne z 700 zdjęć, które zrobiliśmy. Afryka uczy pokory i szacunku do tego co mamy i w jak postępowym świecie żyjemy. Afryka budzi obrzydzenie wszechobecnym śmietnikiem, brudem i padliną na poboczach, budzi współczucie na widok biedy, wprawia w zachwyt zachodami słońca nad oceanem, wyzwala poczucie wolności i przestrzeni w niekończących się połaciach złotopomarańczowego piasku Sahary i pustynnego krajobrazu. Afryka jest różnorodna i całkiem odmienna od naszego świata. Ale jest piękna i pociągająca i na pewno tu wrócimy. Więc nie żegnaj, ale do zobaczenia Afryko!
Post Scriptum
04.02., piątek
Niestety, nasza wspólna podróż z Jola, Ewą i Sławkiem została brutalnie przerwana tuz po wjeździe do Hiszpanii, w Marbelli. Patrol z nadszarpniętym już od kilku dni sprzęgłem kompletnie odmówił posłuszeństwa i współpracy. Trzeba go więc było zostawić w bezpiecznym miejscu, spakować załogę i odwieźć do Malagi na samolot. Strasznie to przykre, bo mięliśmy nadzieję do końca wspólnie odbyć tę podróż. Poza tym podróżowanie w tak dobrym towarzystwie to czysta przyjemność i teraz czujemy się nieco osieroceni. Ale życie jest pełne niespodzianek. Mam nadzieje, że wkrótce nadarzy się okazja do ponownego spotkania. Za to, które właśnie dobiegło końca, bardzo dziękujemy.
Dzięki uprzejmości zalogi Activ Trip niektóre ze zdjęć zamieszczonych w tekście i w galerii są Ich autorstwa.
| « poprzednia |
|---|
