Patagonia

Patagonia 2011

03 lipca 2011
Stało się – nasza Toyka popłynęła w świat. Bez nas! My dolecimy do Buenos dopiero 04 sierpnia, ona ma tam dotrzeć pierwszego. No jakoś tak nie po kolei się zaczyna, inaczej niż zwykle. Uczucie dziwne, bo lubię Wyprawy zaczynać z domu, od bramy wyjazdowej, bo przecież każdy kilometr to już część całości, na jaką składa się nawet dojazd do miejsca początku trasy…



Pakowanie odbywało się ratami – bo jeszcze to, a jeszcze tamto. Ciekawe, czego nie załadowaliśmy. Ciężko się pakuje samochód na za prawie dwa miesiące. Trzeba było jeszcze podzielić drobiazgi i niektóre ubrania na dwa komplety, bo Zuzia jeszcze na kolonie, a bagaże wypływały wcześniej. No zamieszanie jednym słowem. Ale póki co, temat ogarnięty. Jeszcze dziwniej będzie udawać się w podróż całkiem bez bagażu, bo do samolotu planujemy tylko bagaż podręczny, czyli nic konkretnego. Więc co nie zostało zabrane, już zabrane nie zostanie…
Załadunek do kontenerów odbył się sprawnie, razem z papierologią potrwało wszystko 3 godziny. Jedzie nas 4 ekipy – dwa Patrole i dwie Toyoty. Ładny komplet. My pierwszy raz na tak długo – miesiąc. I w dodatku we trójkę. Ciasno w aucie, trzeba się będzie organizacyjnie dobrze ustawić, żeby nie było zgrzytów. Pożyjemy, zobaczymy… ja w sumie już bym mogła jechać. Patagonia czeka!

c...d...n...

ciąg dalszySpoko


04.08.2011, czwartek, godz. 18.40
Od dwóch godzin jesteśmy w Madrycie. Koczujemy w hotelu niedaleko lotniska, bo samolot, który zabierze nas do Buenos , staruje dopiero o pierwszej w nocy. Gorąco jak cholera, prawdziwy letni upał, nie to, co u nas. O tyle mi to pasuje, że nie zamierzamy biegać po Madrycie, tylko odpocząć i wziąć prysznic przed dalsza męczącą podróżą. Zaczęło się wczoraj bladym strachem – niemieccy kontrolerzy lotu na dzisiejszy dzień od rana zaplanowali strajk, co groziło paraliżem na lotniskach. Zmądrzeli na szczęście i wczoraj późnym wieczorem strajk odwołano, więc latamy o czasie. Czy w nasza trasę wyruszymy o czasie, okaże się jutro. Jutro jest piątek, i jeśli nie uda nam się wydobyć aut od argentyńskich celników, to przechlapane, przed nami minimum dwa dni w Buenos. Na razie jesteśmy dobrej myśli, należy przecież myśleć pozytywnie.

05.08.2011, piątek, godz. 12:07 czasu lokalnego
Jestem zmęczona. 12 godzin lotu ze spuchniętymi do granic grubości nogami wystarczy. I pierwsza informacja na lotnisku – samochody będą dopiero w poniedziałek, dziś nie ma szans na wydostanie ich z kontenerów. No to pięknie! W stolicy Argentyny jest 12 stopni, ludzie chodzą w czapkach i kozakach, to przecież zima. A my z Zuzią wybrałyśmy się w sandałkach, bo przecież w samochodzie mamy buty… Jedziemy do celników, żeby przedstawić papiery i umówić się na poniedziałek na dopełnienie formalności. To wszystko ma się udać dopiero po południu, Marek nawet w to nie wierzy. Czyli – co najmniej 3 dni przymusowego pobytu w Buenos Aires. Zaczynamy od zakupów podstawowych przyborów toaletowych, bo w podręcznym bagażu – a z takim tylko przylecieliśmy – past i szamponów przewozić nie można. Dalej się zobaczy.
08.08.2011, poniedziałek
Weekend minął na bezproduktywnym wyczekiwaniu poniedziałku. W ramach atrakcji, dla zabicia czasu, sobotnie popołudnie milo spędziliśmy w ZOO-parku Temaiken, za miastem. Pogoda była w ogóle nie zimowa, szkoda że nie dało się wygrzać na zapas, bo wczoraj wymarzłam w Urugwaju – zrobiliśmy niedzielna wycieczkę statkiem do Montevideo. Przed wyjazdem , szukając informacji o Argentynie, jej mieszkańcach i życiu tutaj, trafiałam często na artykuły dotyczące bezpieczeństwa, a zwłaszcza na temat powalającej liczby kradzieży i rabunków, zwłaszcza na turystach. Obawy nie były całkiem wyssane z palca – drugiego dnia w metrze straciłam telefon, który wprawny kieszonkowiec wyciągnął mi w metrze z kieszeni. Ale nie rozpaczam – przez miesiąc będę wolna i oderwana od rzeczywistości. To pewnie dobrze. Rozglądam się wkoło i nie mam poczucia, że jestem na drugim końcu świata. Życie toczy się jak wszędzie, swoim własnym trybem. Buenos Aires, Montevideo – wyglądają jak wiele europejskich miast. Dopiero hasło „Ameryka Południowa” uruchamia myślenie o tym, gdzie się znaleźliśmy. Jestem lekko rozczarowana, bo marzną mi stopy, a znany wszystkim wizerunek Buenos jest gorący, więc cos tu się kłóci. Dziś czekamy na cud – wydanie samochodów. Czy cuda się zdarzają? Siedzimy w lobby hotelowym, zdaliśmy pokoje i czekamy. Czekamy na cokolwiek – informacje na temat tego, co się dzieje z naszymi samochodami. Albo na wielkie NIC, czyli te najgorszą z możliwych wieści, że dziś też nici z odprawy. Pozornie, jak wspomniałam, wszystko wygląda podobnie jak u nas, ale jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. I jeśli chodzi o nas, tkwi on w szczegółach i metodach działania urzędników celnych w porcie, którzy w piątek od rana nie brali się za odprawę, bo to piątek, w weekend też się przecież nie pracuje, a dziś… no może… Tylko, że od tego „może” zależy nasze prawie być albo nie być. Mamy określony czas i określone cele podróży, a czas ucieka. Poza tym czwarty dzień chodzę w tej samej koszulce, dobrze chociaż, że bielizna przez noc wysycha… Niby około 13stej ma się pojawić Ruben, opłacony przez nas celnik, żeby zabrać nasze paszporty i karnety CPD w celu uruchomienia procedur celnych. Tak naprawdę ta 13sta to jest wielka niewiadoma… Marek prawie ciągle grzebie w telefonie, towarzystwo uruchomiło komputery, a mnie się nawet czytać nie chce… Wciąż spoglądam przez panoramiczne okno na ruchliwa ulicę przed naszym hotelem. Czarno-żółte taksówki nadjeżdżają grupami jak szerszenie w roju, ludzie przemieszczają się spiesznym krokiem w sobie tylko wiadomych kierunkach. Ale tłum jest szary, brak kolorów w ubraniach, w budynkach. I w sumie w twarzach ludzi chyba też. Nic się nie dzieje. Czekamy bezsilnie na znak-sygnał. Wieczorem Dzień spędzamy na kanapach. Po kilku telefonach w końcu późnym popołudniem odebrano od nas dokumenty. Kierowcy jadą jutro rano o 8.30 do urzędu celnego wydostać auta z puszek, my – pasażerki – dojedziemy tam o 11stej. Czyli przedtem trzeba zrobić zakupy – masło, pieczywo, jakieś napoje. Najważniejsze, że jest realna szansa na opuszczenie Buenos. Jeszcze wrócimy tu przed odlotem do Europy.
09.08.2011, wtorek
Urząd celny, urząd celny, urząd celny… Komentarz zbyteczny. Mieliśmy około 11stej opuścić Buenos, wyjechaliśmy o ciemku, o 18.30.
10.08.2011,środa
Tak naprawdę dziś zaczynamy naszą wyprawę. Przez opieszałość urzędników mamy do nadrobienia 3 dni. W nocy dotarliśmy do Federation, tu na camping nad jeziorem, które z powodów nocnych ciemności i późnej pory odkryłam dopiero rano. Nie wykorzystałam skutecznie czasu na sen, mimo, że wypadało spać szybko, bo tylko 3,5 godziny. Jedziemy w stronę Iguazu, na północ. Powinno być cieplej, ale na razie nie jest. O mniejszej odległości do Równika świadczą jedynie gaje mandarynkowe, którym zima w owocowaniu w ogóle nie przeszkadza. Federation słynie z gorących źródeł. Wnosząc po zabudowaniach, ilości sklepów, campingów i Hoteli to miejscowość turystyczna. Cóż, my nie skorzystamy, ale mieścina wyglądała nawet całkiem zachęcająco.
P.S. A ja cichutko i nieśmiało już chyba mogę spróbować się przyznać – to mój szósty dzień bez papierosa…

Jedziemy przez bagna, nie takie sobie zwykłe, tylko bardzo znane w Argentynie. Właśnie spotkaliśmy stado kapibar (kapibarów???) zażywających kąpieli błotnych. Nie udaje nam się popas obiadowy nad uroczym jeziorkiem, jedziemy dalej na najbliższy camping. Bagniska są rozległe bardzo, i równie – jak wspomniałam – znane, ale nie wyglądają za niczym. My oczywiście obserwujemy je z poziomu okna samochodu, chociaż podobno żyja tu kajmany i ptactwo wielu gatunków.
11.08.2011, czwartek
Wczorajszy krajobraz bagienny był monotonny, ten dzisiejszy to zupełnie inna bajka. Zmierzamy na północny-wschód, do wodospadów Iguazu, tu roślinność jest bujna i soczyście zielona. Bananowce, palmy daktylowe i kokosowe, iglaki o igłach w najróżniejszych kształtach (później się dowiem, że te najdziwniejsze to araukarie). No i temperatura! Ta już wczoraj mocno poddawała w wątpliwość słuszność w nazewnictwie tutejszych pór roku. Jest zima, a było 28 stopni C. Dziś niebo mocno zachmurzone, ale tez już robi się duszno i będzie gorąco. Dobra asfaltowa droga malowniczo wiedzie nas przez wioski i miasteczka do argentyńskiej wizytówki – Cataratas do Iguazu. Przed nami pewnie jeden z ostatnich ciepłych dni. Od jutra będziemy się kierować na Zachód.
12.08.11, piątek
Wodospady jak wodospady – pełne wody grzmiącej i huczącej, w otoczeniu tropikalnej zieleni lasów deszczowych. Pełne wody i ludzi, bo mimo „zimy” kładki doprowadzające pełne są turystów – to miejsce to taki kombajn popularnego Parku Narodowego. Aura rzeczywiście iście zimowa – 30 stopni Celsjusza. Po południu, w drodze powrotnej na camping z poprzedniego dnia w San Ignatias, mieliśmy przypadkową całkiem przygodę off roadową w rzece. Chcieliśmy zjechać na popas kawowy do lasu w oczekiwaniu na udrożnienie głównej drogi, zablokowanej korkiem po jakimś wypadku. Godzinę trwało, zanim wydobyliśmy z opresji jedno z aut, ale w sumie taka akcja w malowniczym eukaliptusowo-pnączastym lesie, w towarzystwie dzieci Guarani, dodała tylko smaczku wczorajszemu dniu. Dziś zaczęliśmy od zwiedzania jezuickich ruin, może niekoniecznie bardzo rozległych, ale o tyle ciekawych, że zachowane fragmenty kolumn i ścian są czerwonego koloru, bo budowano je z lokalnego piaskowca. A lokalne gleby są bogate w żelazo i mocno ciemnoczerwone. Pogoda dopisuje, więc spacer okazał się całkiem przyjemny. Zdążyliśmy też zrobić podstawowe zakupy i jedziemy dalej, bo dziś w planie długa droga, przez prowincję Chaco. Po drodze, w Posadas, musimy znaleźć bankomat i niektórzy z nas potrzebują tankować. I jazda.
***
Bankomat był, tyle, że nie polubił naszych kart, więc gotówki mamy mało, ale nic to. Mała dygresja na temat piwa: zabraliśmy ze sobą hurtową ilość rodzimego Leszka, ale lokalny Quilmes z niebieską etykietą jest znacznie lepszy i bije na głowę nasze zielone puszki! Między Posadas a Corientes jest 300 km odległości, właśnie ją pokonujemy. Krajobraz już stał się nudnawy. Wokół płaskie jak stół , rozległe po Horyzont, na wpół zżółknięte, trawiaste przestrzenie. Pośrodku wstążka asfaltowej, gładkiej drogi, którą przemierzamy Chaco. Dalej może być tylko gorzej, na mapie nie ma nic, co mogłoby urozmaicić tę trasę, kreska drogi narysowana jest jakby od linijki, bez żądnych nawet zakrętów. Do Corientes jeszcze 172 km, za miastem planujemy popas obiadowy, aby dalej obrać kierunek na Formosę.
Jesteśmy w piekiełku, powietrze rozgrzane do 38 stopni. Na dodatek wieje tak, że chce urwać głowę. Za to pranie, które się od rana „prało” w naszej turystycznej pralce-bidonie na wodę na zewnątrz auta, rozwiesiłam na lince między drzewami i prawie wyschło w ciągu tych 40 minut popasu. Wczorajsza akcja w lesie nad rzeka była ciekawym doświadczeniem nie tylko ze względu na swój off roadowy charakter. Kąsały nas stada dzikich komarów dingo, boleśnie, od razu do krwi. Malarii w tym rejonie nie wyczytałam, ale jakieś dziwne ciarki chodzą mi po plecach na myśl o tym, jak zjadliwe mogą być te stwory. Nieopodal miejsca akcji –grupa dzieci – Guarani właśnie jak się domyślam – spokojnie oddawała się zabawie na zawieszonej na drzewie huśtawce, tylko leniwie i niewielkim zaciekawieniem przyglądając się z daleka naszym poczynaniom. Ani śladu afrykańskiej nachalności, wszystko na dystans. I tylko wychudzony piesek kręcił się koło nas i poruszył sumienia Zuzi i Julietty, które zlitowały się nad jego wystającymi żebrami i oddały, co było pod ręką do jedzenia. Zbliżamy się do Formosy, zaczyna zachodzić słońce i spadać temperatura. Jest 34 stopnie…
13.08.2011, sobota
Pierwszy etap podróży za nami, na liczniku 2559 km, z czego 945 wczoraj. Dziś Boliwia, za jakieś 400 km. Upał nad ranem zelżał, ale noc była gorąca. Kiedy o północy zaszyliśmy się „ujechani” w jakiejś przypadkowej gęstwinie kaktusów i złośliwie kłujących krzaczorów, w powietrzu wciąż unosiły się Celsjusze, jakieś 24. W nocy okazało się, że oprócz temperatury w powietrzu unoszą się także komary-potwory. Zostały potraktowane Muggą. A rano, przy śniadaniu, Andrzej wypatrzył jeszcze kolibra. Teraz słońce wstaje żwawo, ale zanim rozpali ziemię do temperatury jak wczoraj, zdążymy może wjechać do Salty i uciec w trochę wyższe tereny. Wyże, więc mam nadzieje, że chłodniejsze. Na razie, przez te kilka dni, nie było jeszcze nic takiego ani w krajobrazie, ani w otoczeniu, co by mnie szczególnie zachwyciło czy poruszyło. Liczę więc na atrakcje w Andach. Zaskoczyło mnie trochę to, że Ameryka Południowa nie jest tak uboga, jak to sobie wyobrażałam. Sądząc po ludziach i infrastrukturze wcale nie jest tu źle i gdyby nie wiedzieć, że jest się w Argentynie, możnaby z powodzeniem przypisać te miejsca Europie. Oczywiście na prowincji widać elementy folkloru i to jest jak najbardziej fajne. U nas np. na Kurpiach albo na Mazowszu nie chodzi Siena co dzień w strojach ludowych. Zakopane jest chyba tylko wyjątkiem, ale potwierdzającym regułę.
A tutaj gaucze (gauczowie?) na koniach, w oryginalnych dla nas, a typowych dla siebie, nakryciach głowy, to widok zwyczajny. Ale to są właśnie elementy czy cechy charakterystyczne, które odróżniają kraj od kraju, kontynent od kontynentu, kulturę od kultury. I to jest właśnie to, co najciekawsze, po co chce się jeździć i poznawać kolejne zakątki świata. Żeby nie było nudno, żeby nie ugrzęznąć w tylko swojej, jedynej znanej nam codzienności… Bo chociaż ona wcale nie musi być zła, warto wiedzieć, że gdzieś są inne codzienności, dla nas odmienne, ale typowe dla ludzi, których dotyczą. Najważniejsze, żeby każdy w swojej czuł się dobrze i w zgodzie ze sobą. Moja poranna refleksja odnośnie postępu cywilizacji w rejonie traci moc w miarę zbliżania się do boliwijskiej granicy. Przydrożny śmietnik w postaci niezliczonej ilości worków foliowych na każdym kroku przywodzi na myśl afrykański syfek. Na tym podobieństwa się niestety nie kończą. Domostwa i zagrody - bo to nie podwórka, tylko zagrody – ubożuchne, malutkie, krzywe i posklecane z byle czego. Dojeżdżamy do miasteczka Embaracon, zobaczymy, jak to tu wygląda. Przekraczaliśmy po drodze zwrotnik Koziorożca. Nie spodziewałam się wiele, mając w pamięci oznaczenie Tropic of cancer w Afryce. A tu proszę! Wielkie stare drzewo pomalowane na czerwono, czerwone szmatki, świeczki, jakaś betonowa tablica… Cos mi nie pasowało, bo napis głosił „gauchito Gil” przy tym data i różne imiona. Dość to wszystko okazałe, mnie przywiodło na myśl nasze przydrożne kapliczki upamiętniające tragicznie zmarłych. Niebawem okazało się, że nie całkiem źle kojarzyłam. Takie miejsca kultu mijamy co jakiś czas, wszystkie „okraszone” czerwonym kolorem. Zatem ktoś wybrał sobie zwrotnik koziorożca na uczczenie czegoś sobie tylko wiadomego. Miasteczko zaprezentowało się niestety niewiele lepiej od wsi. Czyli północna, przyboliwijska Argentyna, nie przypomina tej, którą uznałam za całkiem sensownie cywilizowaną.
***
Od godziny jesteśmy w Boliwii. Graniczna papirologia zajęła nam ok. 1,5 godziny. Nic nadzwyczajnego i właściwie normalna sprawa, w sumie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, więc te 90 minut uznaliśmy za ok. Jedyny mankament w trakcie czekania w temperaturze trzydziestukilku stopni, to chmary muszek wyglądających niewinnie jak znane nam z domu muszki – owocówki, a kąsające dotkliwie i boleśnie każde pozbawione okrycia miejsce na skórze. Boleśnie i do krwi, czego efektem są bable w czerwonej otoczce niemiłosiernie swędzące.
Jedziemy krętą drogą w górach, wzdłóż rzeki granicznej, która wije się po naszej lewej stronie, czasem całkiem blisko, czasem w urokliwym kanionie. Droga wiedzie w górę, zrobiło się też chłodniej – w tej chwili jest 22 stopnie. Niebo zachmurzone, przez co góry wydaja się nieco groźne. Zmierzamy do Tarija na nocleg, jeśli znajdziemy sensowny camping, tam zanocujemy. Jeśli nie – nocleg na dziko. Mam nadzieję, że nie w towarzystwie muszek i komarów gigantów.
14.08.2011, niedziela
Tarija okazała się być dużym, tętniącym nocnym życiem miastem. Campingu tutaj niestety nie znaleźliśmy, pewnie nawet takowego nie ma. Wyjechaliśmy zatem z miasta, drogą w góry, w poszukiwaniu miejsca na dziki nocleg. Zrobiło się późno, wszędzie tylko kamienie, kamienie… zakręty pod górkę i nieprzeniknione ciemności, rozświetlane tylko z rzadka reflektorami świateł samochodów zjeżdżających z góry. W końcu przy jakiejś antenie kawałek kamienistej przestrzeni, która była w stanie pomieścić 4 auta. Niestety to 3800 mnpm, lodowaty wiatr i powietrze i problemy z oddychaniem. Czyli cóż – dzień dziecka, rezygnuję z kąpieli, ząbki, ciepłe ciuchy i spać! Webasto, mimo przestróg Toma, zadziałało bez problemu. Na szczęście, bo noc była baaardzo chłodna. Teraz przedzieramy się przez boliwijskie Andy do Tupizy, w kierunku na La Paz, gdzie musimy dokonać odprawy celnej zanim wyjedziemy z Boliwii, bo na granicy tego nie robią. No takie lokalne, moim zdaniem, dziwactwo.
Biedniusieńkie te boliwijskie wioseczki. Lepianki. Osiołki. Jedyne, czego tu nie brakuje, to czerwony pył, który jest wszechobecny. I kaktusy kandelabrowe, mocno kolczaste, takie „kombojskie” jak te występujące w westernach i kreskówce Lucky Luck. Trasa w górach bardzo widokowa, po nieutwardzonych, szutrowych drogach, czasami wąskich na szerokość samochodu, z jednej strony skała, z drugiej przepaść. I tak wspięliśmy się aż na 4200-4300 m. W Europie nie ma tak wysoko położonych dróg. W Europie mało jest tak wysokich gór!
15.08.2011, poniedziałek
Od wczoraj mam trochę zaległości w pisaniu, ale warunków nie było. Trochę nam się trasa nie udała. Mieliśmy przez góry docelowo dostać się do Salar de Uyuni, ale pod wieczór, po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów kamienistym korytem rzeki okazało się, że nie bardzo jest jak się z niej wydostać bo obsunięte kamienie zawaliły wyjazd z tej naszej drogi. Nie pozostało nam nic innego, jak wracać do Tupizy tą samą drogą i stamtąd znaleźć inną do naszego celu. Za to nocleg mieliśmy przyjemny – wśród trzcin i pod eukaliptusem. W nocy zimno, poniżej 0 stopni. No i wysokość ok. 3500m też robi swoje, przy jakimkolwiek wysiłku brakuje tchu. Teraz zbliża się 9-ta, a my znów dojeżdżamy do Tupizy. Czyli do miejsca, z którego wyjeżdżaliśmy wczoraj ok. 14stej. Mamy ładnych parę godzin jazdy w plecy. Wczoraj w tym miasteczku był jakiś jarmark czy targ, w każdym razie miejsc, gdzie było dużo ludzi. Mimo, że społeczeństwo jest barwne, kobiety specyficznie ubrane, nie miałam odwagi robić zdjęć. Oprócz powodów, o których piałam w którymś z wcześniejszych dzienników, tu dochodzą jeszcze przekonania Boliwijczyków. Otóż wierzą oni, że robienie im zdjęć to zabieranie im duszy… Zabobony po naszemu. Ale cóż, uszanować trzeba, a przynajmniej spróbować, bo jednak jakieś zdjęcia chcę stąd mieć!
***
Od kilku godzin przedzieramy się przez wysokie partie gór w kierunku Salar de Uyuni. Z 208 km zostało nam 65, więc nie jest źle. Zmiany ciśnienia na wysokości ponad 4000 m i brak tlenu dają się odczuć. Mnie się momentami ciężko oddycha, Zuzi pociekła krew z ucha. Mam nadzieję, że to niegroźne, bo nie bardzo wiem, co w takiej sytuacji zrobić. Widoki są piękne – drogi kręte, nieutwardzone, na bardziej płaskich, rozległych terenach leniwie pasą się lamy lub spacerują osiołki, całymi stadami. Tu, wysoko, jest dość chłodno, ok. 10 stopni, ale słonecznie i przejrzyste powietrze.
16.08.2011, wtorek
Do Uyuni dotarliśmy wczesnym popołudniem. Zatem pierwsze – wymiana pieniędzy, drugie – zakwaterowanie w hoteliku o tajemniczej nazwie „Mana”. Pokoje schludne, obiecujący prysznic… Niestety ciepłej wody brak. Cóż, lepszy rydz niż nic, tyle, że Marek przeziębiony, Zuzia też niepokojąco i coraz bardziej kaszle, więc te kąpiele w zimnej wodzie to tak średnio… Się okazuje, że chyba jedynie ja jestem odporna na spartańskie warunki Obiad. Niby nam się chciało popróbować lokalnej kuchni, a wylądowaliśmy we włoskiej pizzerii, których, nota bene, naliczyłam w tym małym miasteczku chyba z sześć. Pizzerie i mnóstwo psów, wszelkich możliwych maści i wielkości. Żyją sobie pospołu z ludźmi, stanowią integralna część tutejszej społeczności. Ale za to wieczorem! Wieczorem wreszcie coś tubylczego i cieszącego duszę i oko. Mieszkańcy miasteczka zbierają się na głównej ulicy przy głośnej muzyce i w jej rytm, w kilkuosobowych rzędach, przemieszczają się tańcząc synchronicznie w jednym kierunku. Dorośli, dzieci, młodzież – niesamowity widok! Aż się nogi rwały, żeby się przyłączyć. Rano – przykra niespodzianka – już nie tylko zimna woda, ale absolutny jej brak. Na dodatek wczorajsze pranie nie wyschło, wszystko suszę w samochodzie. Suszę i „kurzę”, bo tu praktycznie same szutrowe drogi. Dobrze, że w ogóle są, bo warto nadmienić, że w Boliwii cały czas przemieszczamy się na wysokościach 3400 – 4200 mnpm. Uyuni np. leży na 3600 m. Ludzie wiodą tu normalne życie, drzewa nawet rosną, wcale nie skarłowaciałe. Nam, niezaaklimatyzowanym, trudno sobie wyobrazić codzienne funkcjonowanie w takich warunkach atmosferycznych. Solnisko.
Zjawisko absolutnie wyjątkowe. 12000 km2 powierzchni płaskiej jak stół i białej jak jezioro skute lodem w środku mroźnej zimy. Jestem niedowiarkiem – organoleptycznie sprawdziłam, czy to, po czym stoimy, jeździmy i co nas oślepia bielą, rzeczywiście jest słone, czy może jednak tylko zimne? Słone jest, bardzo! Jazda po salarze powoduje lekki niepokój, bo nie mogę pozbyć się obawy, że tafla pod kołami się załamie. Chciałoby się założyć łyżwy i zasuwać. A to przecież sól! Niespodziewanie trafiliśmy na grząski grunt i dwa auta nam utknęły. Mieliśmy więc półgodzinny postój ratowniczy w drodze do Laguna Colorada. Szkody – zbita kin etykiem lampa w patrolu, na szczęście uszkodzenie obejmuje jedynie klosz, światła nadal świecą. Zimno jest. Nasz termometr pokazuje teraz 10 stopni w plusie, ale od rana było 0. Teraz jest cieplej, ale to samo południe, za chwile znowu pewnie zacznie się ochładzać. Z Laguna Colorada mamy się udać do Laguna Verde i tam musimy dokończyć odprawę celną przed wjazdem do Chile. My niezbędne pieczątki w paszportach otrzymaliśmy wczoraj w Uyuni, więc teoretycznie już nas w Boliwii nie ma. Chociaż faktycznie jesteśmy. Albo inaczej : wstawiono nam dzisiejszą datę wyjazdową, co by się więc stało, gdybyśmy dziś nie opuścili Boliwii? Moglibyśmy zniknąć jak kamfora… Jedziemy rozległym płaskowyżem wciąż lekko zabielonym solą. Wokół nas jak okiem sięgnąć 5-tysięczniki, z których większość to uśpione wulkany. Mam nadzieję, że żaden z nich nie obudzi się nagle akurat dziś. Do San Pedro de Atacama mamy jeszcze 300 km, w tym granica z Chile. Jest już po 14stej, więc raczej dziś tam nie dotrzemy. Wciąż nie załatwiliśmy wyjazdowej papirologii. Jedziemy. Szczęśliwie trafiliśmy na jakiś asfalt. Płaskowyż się skończył i wjechaliśmy w Wyżynę Andyjską. No ładna ta wyżyna, 4300 mnpm. Zadziwiające jest to, że na tej wysokości spotyka się wciąż jeszcze roślinność (trawiastą przeważnie, ale jednak), i że temperatura jest dodatnia, nawet bardzo, bo jest wciąż plus 10 stopni. Sikanie na tej wysokości też jest trudne, kto wie, czy nie trudniejsze niż oddychanie. Może nie tyle sam akt oddawania moczu sprawia trudność, ale znalezienie ustronnego miejsca i powrót z niego biegiem do samochodu wymaga olimpijskiej sprawności. A przecież nie palę już 11-dni! Mamy „akcję” i tym razem to niestety my jesteśmy jej przyczyną. Podczas gdy przewodnicy odpytują tubylców o drogę, my postanawiamy skorzystać z płynącej obok nas leniwie rzeczki, aby umyć Auto z soli… W momencie, kiedy zorientowaliśmy się, że jest bardziej niż bardzo grząsko, było już za późno. Utknęliśmy po uszy w gównie. No może nie po uszy, ale po progi. I nie jestem wulgarna. Woda i jej muliste dno śmierdziało niczym wyziewy z przepełnionego wychodka z serduszkiem. Mimo wielu prób wyciągnięcia nas i wielu różnych sposobów, cała akcja trwała dobrze ponad godzinę, nim się to wreszcie udało. W użyciu było wszystko : liny, krążki, szekle, zblocze, łopaty, dwie wyciągarki, koło zapasowe, hi lift, a w końcu trapy. Sprawdzian sił i pomysłów wszystkich uczestników Wyprawy, bo zaangażowani byli co do jednego. Ponieważ zrobiło się późno i zachodzi słońce, a do celu daleko, będziemy nocować u stóp jednego z otaczających nas wulkanów i wśród pasących się tu i ówdzie lam. Jest piękny zachód słońca, niebo świeci czerwienią. A my pięknie cuchniemy. Nie ma to jak dobry off Road!
17.08.2011, środa
Jest 6.20 czasu boliwijskiego, 12.20 w Polsce. Ta noc to był totalny hard core. Wysokość: 4022 mnpm. Temperatura: minus 14 stopni C. Webasto: nie zadziałało… 12 koszmarnych godzin w mrozie, w śpiworze, który tylko udaje ciepłe okrycie. Nie czuje palców u nóg, pęka mi głowa, nie przespałam ani godziny. Dobrze chociaż, że śpiwór Zuzi jednak trochę cieplejszy, spała między nami i zdawała się nie marznąć. Mnie nie pomogły ani 2 pary skarpet, ani polar, ani nawet czapka na Glowie. Czuje się zmęczona i brudna, bo w tych warunkach, nawet jakby mi ktoś proponował 100 tys dolarów, nie dałabym się namówić na poranną kąpiel. Czekamy, aż zbudzi się reszta załóg i może dziś wreszcie dotrzemy do Chile. Mamy problem z silnikiem. W sumie od wczoraj, ale dziś kręci do max 1000 obrotów i nie jesteśmy w stanie podjechać pod żadną górkę. A przecież jesteśmy w górach, zanim się z nich wydostaniemy, niejedna przełęcz przyjdzie nam pokonać! Czyli – mini-remont silnika w 14sto stopniowym mrozie. A mnie przydałby się remont kręgosłupa, bo po wczorajszej akcji z podkopywaniem się pod koła samochodu dziś jestem kaleka i kula u nogi – nadaje się tylko pod skalpel profesora Słoniewskiego. Nie cieszy mnie ani czerwone jezioro, ani stada flamingów w Laguna Colorada. Czy mam wracać wcześniej do domu? Z którego lotniska? Czy rzeczywiście powinnam o tym myśleć? Późne popołudnie W budyneczku nieopodal Laguna Verde,
w którym rzekomo mieliśmy dokonać odprawy samochodów, dowiedzieliśmy się, że trzeba zawrócić 80 km drogą przez góry, do zupełnie innego budyneczku… Na szczęście nie musieliśmy wracać wszyscy, wystarczyła jedna oddelegowana załoga. A my – pozostali – spodziewamy się ich nie wcześniej niż za 3 – 4 godziny. Wykorzystujemy ten czas na gotowanie obiadu, generalne porządki w samochodzie, zgrywanie filmów i zdjęć do komputera. Nie nudzi nam się. Julietta i Robert chyba śpią, Andrzej raz po raz zagląda do nas przez okno. Ja najadłam się diclophenacu i poltramu, jestem lekko „zamroczona”, ale mi lepiej, nie boli tak bardzo i lepiej się poruszam. Zuzia tez nie kaszle za często, w nocy, przez sen, nie kaszlała w ogóle, to dobry znak. Marek tylko ma chyba największe z nas problemy z wysokością, wciąż boli go głowa i ciężko oddycha.
18.08.2011, czwartek
San Pedro de Atacama. Mała mieścina, która w ogóle nie potwierdza faktu, że Chile to najlepiej rozwinięty kraj Ameryki Południowej. Ale miejsce jest przyjazne i o to przecież chodzi. Sporo tu obcokrajowców, wyróżniają się kolorem skóry i dużymi plecakami. Wczorajsza kontrola celna wypadła bez zarzutu – nic nam nie zabrano, choć gdyby padł cień podejrzenia, że żywność, którą przewozimy,
pochodzi z Boliwii, zabrano by nam wszystko. W każdym razie odprawiliśmy się jak trzeba. Otrzymując od razu także pieczątkę wyjazdową. A ponieważ nie wyjechaliśmy dzisiaj, zobaczymy, jaka niespodzianka czeka nas na granicy. Boliwia nie robiła z tego problemu, w Chile pewnie będzie podobnie. Dzisiaj zrobiliśmy sobie dzień turystyczny, choć nie do końca wypoczynkowy. O 3 rano za namową Roberta i Zuzi zerwaliśmy się, żeby zobaczyć najwyżej na świecie położone pole gejzerów El Tatio (4300 mnpm). Pomysł nie był najszczęśliwszy – środek nocy, mróz 15 stopni i 2 godziny jazdy w jedną stronę. Po to, żeby zobaczyć parującą ziemię, która, jeśli się widziało „prawdziwe” gezjery na Islandii, tutaj jest niczym szczególnym. Ale wybraliśmy się tam zamówionym busem, jak się okazało, z bardzo sympatycznym przewodnikiem. Wróciliśmy wcześnie. W dzień – zajęcia przy samochodach (mycie) i trochę odpoczynku. A po południu znów wycieczka busem, z , jak się okazało, tym samym przewodnikiem. Tym razem Valley de la luna – Dolina Księżycowa. Trochę spaceru, trochę zdjęć… Jutro znów start o 3.00. I przełęcz Paso da Jama.
19.08.2011, piątek
Wyjechaliśmy jednak dopiero po śniadaniu, przed ósmą. Krótka odprawa w San Pedro i dalej asfaltową, krętą drogą 160 km do przełęczy. Z przygodami – jeden patrol rozbebeszył całkowicie naprawiana wczoraj u wulkanizatora oponę, w tym samym czasie drugi patrol przegrzał samochód i coś mu tam wyciekło. Pogoda piękna, ale zimno jak cholera, na dodatek wiatr zwalający z nóg. Trochę trwało, zanim wszystko zostało ogarnięte i można było jechać dalej, do granicy. A tam – chwila moment, niecałe pół godziny i znów jesteśmy w Argentynie. Dotarliśmy do kolorowej Purmamarca. Urocze i klimatyczne mogłoby to być miasteczko, gdyby nie przejmujący do szpiku kości wiatr. Nie zabawiliśmy tu długo. Jedziemy do San Salvador de Jujuj na nocleg. Nie wiem, jak reszta towarzystwa, ale nasze Webasto uparcie mówi „nie” wszelkim próbom reanimacji, więc ja z miłą chęcią ulokowałabym się w jakichś czterech ścianach. Tym bardziej, że temperatura się zrobiła jakaś niska – 1 stopień. I pada deszcz ze śniegiem. I jesteśmy już nisko, grubo poniżej 2000 mnpm. Nie wiem, czy to sprawka tabletek, które dziś też zażyłam, czy moje
plecy sie zregenerowały, ale jest mi w miarę ok. Niemniej jednak – marznąć nie mam ochoty. Zimno znaczy brak mycia i trzęsiączka w nocy. Drugi raz tego nie przeżyję. Za to bardzo chętnie napiłabym się jakiegoś argentyńskiego Wina, bo z chilijskim nam nie poszło. Znaczy nie było degustacji. Chociaż rejony to jeszcze nie do końca winne, Mendoza, Rijoha – dopiero przed nami.
Dwa tygodnie podróżujemy, a ja wciąż się trzymam i nie palę. Ha!
20.08.2011, sobota
Hotelik był, nawet hotel w standardzie 4 gwiazdek z podziemnym parkingiem, który pomieścił nasze 4 podróżne auta. Ale trzeba koniecznie dodać, że to lokalne 4 gwiazdki, co najlepiej było widać na śniadaniu. Brudne i nieprzygotowane stoły, kilka krakersów i kawa z mlekiem. I dżem, to wszystko. Ale za to wczoraj, w regionalnej knajpce udało nam się wreszcie popróbować typowej dla argentyńskiej północy potrawy – Parilla.To różne rodzaje mięsa z grilla węglowego, smaczne i owszem. Miałam obawy tylko co do jednego rodzaju ni to mięsa, ni kiełbasy – naczytałam się Martyny Wojciechowskiej, która próbowała tu, w Argentynie, nieoczyszczonych jelit cielęcych, które są tu podobno przysmakiem. Ale to chyba raczej bezpośrednio po uboju w jakichś estanciach, no bo w knajpach to chyba działają jakieś służby i przepisy sanitarne, co? Nie zaryzykowałam jednak. Jesteśmy w Salcie – stolicy prowincji o tej samej nazwie. Dziś „wskoczymy” na naszą docelową Rutę 40. Nią właśnie będziemy już cały czas kierować się na południe, ku Patagonii. Marek naprawił ogrzewanie w samochodzie – to bardzo ważna i dobra wiadomość. Wcześniej naprawił też pompkę paliwa – to równie dobra wiadomość. Można więc powiedzieć, że jedziemy bez dolegliwości. Przynajmniej bez tych technicznych…
21.08.2011, niedziela
Wczoraj za dużo nie popisałam, ale to dlatego, że tak zachwycające były widoki i trasa. Od Salty i cały etap ruty 40, która wczoraj jechaliśmy. to nieustająco kolorowy i zmienny krajobraz górski, gdzie kolory i formy skalne przybierają najprzeróżniejsze i skrajnie różnorodne odcienie i kształty. Wszystko to w pełnym słońcu, niestety przy niskiej temperaturze i silnym porywistym wietrze. Ale w trakcie jazdy to mało istotne. Po południu, tuz przed wjazdem na „40”, wpadła nam w oko restauracyjka
wyglądająca na utrzymana w lokalnym klimacie małego miasteczka. Zatem – obiad. Nie zawiedliśmy się, Sala. A raczej salka restauracyjna wygospodarowana chyba z sieni domostwa, toalety w podwórku 9czyściutkie!), obsługa to starszy pan i młoda kobieta (chyba córka). Od niej właśnie dowiedzieliśmy się, że lokal jest prowadzony przez te rodzinę od wielu pokoleń. Zaserwowano nam lokalne dania. Które niekoniecznie znalazłyby posmak i poważanie na polskich stołach, ale uznaliśmy je za co najmniej ciekawe i jak najbardziej zjadliwe. Po obiedzie było nadal malowniczo, a zachodzące słońce tylko spotęgowało wrażenia i doznania kolorystyczne. Na camping w Santa Maria dotarliśmy o ciemku. Zimno, zaledwie 2 stopnie. Ale przecież działa weba sto. O stanie tutejszych sanitariatów nie wspominam, bo mi żal długopisu… Dzisiaj zajedziemy w okolice Mendozy. Może wreszcie cos z tym winem da się zrobić? Od wczoraj mijamy rozległe winnice, Cafayete to bardzo znany winiarski region, będzie ich tu zresztą coraz więcej. Mendoza właśnie, La Rioja, to te, które nawet mnie – laikowi – coś tam mówią. Gdyby był tu Rafał, uuuu! To chyba na jednej degustacji by się nie skończyło No zobaczymy. Na razie pogoda dość ponura, ale, miejmy nadzieje rozchmurzy się. W końcu, jakby nie było, to jednak sierpień a nie grudzień, nawet jeśli ktoś mi mówi, że to zima. Chcę słońca!
Po południu. Dziś droga głównie asfaltowa, ale nie jest zła, bo wciąż wiedzie wzdlóź gór. Tyle, że mniej widokowa niż wczoraj. Dziś w sumie gonimy kilometry i to bardziej przejazd niż zwiedzanie. Po porannym 8-stopniowym mrozie ocieplili się do 12 stopni i obiad w plenerze był całkiem przyjemny. Wykorzystałam słoneczko i jego chwilowe ciepło i umyłam włosy, Zuzia wreszcie zęby, bo w porannym chłodzie odpuściłam jej mycie. A Marek się ogolił, więc można powiedzieć, że mniej więcej jesteśmy z higieną na Ty. Zmierzamy do parku narodowego Tampalaya, gdzie podobno zachowały się ślady i pozostałości po dinozaurach. Mnie tam dinozaury nie kręcą, ale może widoczki będą ładne. Zobaczymy. Marzy mi się tylko nieco cieplejszy wieczór, co by można było rozstawić namiot i wziąć prysznic…
22.08.2011, poniedziałek
Park Narodowy Tampalaya. Nocowaliśmy przed brama, bo się okazało, że nie wolno wjeżdżać samochodami i dziś rano musieliśmy wykupić 3-godzinną wycieczkę z przewodnikiem. Ale było warto, bo miejsce piękne. Wciąż i wciąż zadziwia mnie nieprzewidywalna i mistrzowska siła natury, która z najtwardszej skały potrafi wyrzeźbić cuda.
23.08.2011, wtorek
Przenocowaliśmy w San Juan w hotelu, bo wszystkim nam był potrzebny. Robertowi dokucza kręgosłup, widać ciągle komuś coś musi być. Znam ten ból, oby mu szybko przeszło. Teraz przejeżdżamy przez Mendozę, mogliśmy tu zostać, ale jakoś stwierdziliśmy, że szkoda spędzać cały dzień w mieście, lepiej jechać dalej. Tym bardziej że tutaj, na terenach sejsmicznie aktywnych, miasta nie przedstawiają obiektów zabytkowych, a po winnicach, które sa domeną regionu, kolędować nie będziemy. Wyjeżdżamy więc z Mendozy, aby górska, zapewne ciekawą, chociaż dłuższą, drogą, przeprawić się do San Rafael. Andy, które cały czas mamy w zasięgu ręki, są imponujące. Znacznie bardziej surowe i nieprzystępne niż Alpy. Troszkę się wdarliśmy między Andy. Nie te najwyższe, takie trochę powyżej 2500 m, ale leży śniegu trochę, słoneczko przygrzewa i widoki są naprawdę przednie. Głębokie przepaście, wąska, kamienista i bardzo kręta droga, wije się raz z jednej raz z drugiej strony zbocza. Robimy zdjęcia. Robimy tyle zdjęć, że jak ich nie poselekcjonuję i ¾ nie wyrzucę, to przy próbie załadowania rozsadzi Picasę w goglach. Ale naprawdę trudno się oprzeć. Te wszystkie powyższe cudności i Panoramę na szczyty Andów podziwialiśmy dziś z wysokości 3200 mnpm. Jak się było na prawie 5000, to te 3000 już nie robią na nikim z nas wrażenia. Tylko zjazdy były emocjonujące, bo pojechaliśmy jakimiś skrótami i było dość ostro w dół. Na tyle ostro, że ja, siedząc z tyłu, zamykałam oczy, na zasadzie „niech się dzieje wola boża”. Marek mówi, że z perspektywy kierowcy nie wyglądało to tak strasznie stromo, ale do mnie jakoś nie przemawiało jego tłumaczenie, wolałam nie widzieć.
24.08.2011, środa
Hotel w San Rafael zdobywaliśmy już o ciemku, ale to nie znaczy, że było późno. Jest zima, więc wcześnie robi się ciemno, rankiem też trzeba długo czekać, zanim pojawi się jasność. San Rafael to nadal region mocno winiarski, co widać na przedmieściach – jak okiem sięgnąć winnice, a także w samym mieście mnóstwo knajpek i restauracyjek oferujących Wina. A najlepiej wyglądają witryny sklepów, najbardziej zachęcająco równo ustawionymi rzędami butelek, jasno podświetlonymi ku zachęceniu. Zanim dotarliśmy na kolację i złożyliśmy zamówienie, zrobiła się godzina prawie 22-ga. Dla mnie o tej porze idzie się spać, dla Argentyńczyków to najwyraźniej pora kolacji. O tej porze restauracje dopiero zaczynają się zapełniać. Co dziwne, przychodzą rodziny z dziećmi, nawet małymi. Czy dzieci tu nie chodzą do szkoły? W ogóle bawią mnie te niektóre zwyczaje. Na przykład czci się tutaj niejaką świętą Dirfunę, której legendy nie będę przytaczać, bo podaje ja każdy przewodnik. W każdym razie na poboczach drogi stoja małe figurki, przy których zostawia się butelki z wodą dla owej świętej, co w efekcie tworzy śmietnisko, zamiast wskazywać na rzeczywisty charakter miejsca. Inną czczoną tu szumnie postacią jest niejaki Gauchito Gil, chyba już o nim wspominałam. To taki lokalny Robin Hood, jak doczytała Gabrysia. Jego „świątynki” czy też „świątki” przydrożne są z kolei czerwone – znicze, wstążki, flagi, szmatki – wszystko, co się tam zostawia, jest czerwone. Z daleka widoczne, z bliska – kolejne śmietniki. Nie lekceważę tych zwyczajów, tylko uważam, że swoich idoli i świętych można czcić w bardziej uporządkowany sposób. Dziś mamy długi odcinek, 700 km. Głównie po asfaltach, więc specjalnie widokowo pewnie nie będzie, chociaż atrakcyjna jest już sama bliskość gór.
No i wjeżdżamy do Patagonii. Nocleg planowany jest w Zappali. Za oknem około zero stopni, będzie coraz zimniej. Pogoda się skiepści, strasznie wieje i chmury jakieś, nieciekawe, opadły nisko nad drogę. Jedziemy doliną Rio Grande. Nazwa szumna, i choć to jedna z niewielu rzek, w których jest woda o tej porze roku, to z „Grande” ma to niewiele wspólnego. „Grande” jest jedynie koryto rzeki i gdyby całe było wypełnione wodą, to nazwa byłaby rzeczywiście jak najbardziej uzasadniona. Może tak jest w lecie, ale tego nie wiem i się pewnie nie dowiem, bo nawet gdybym miała tu kiedyś wrócić, to w lecie bym nie chciała. W parku Tampalaya pytaliśmy przewodniczkę, jakie temperatury panują tu w lecie, odpowiedź nas zatrwożyła: 48 stopni! Przy 32 mam już problemy ze zwykłym funkcjonowaniem, więc przy 48 niechybnie bym umarła. Bardzo dziękuję. Marka od dwóch tygodni boli brzuch, mnie od dwóch dni muli na żołądku, chociaż problemów gastrycznych nie miewam przecież. Zuzi wyszła na ustach opryszczka. Mam nadzieje, że te dolegliwości nie będą się bardziej rozwijać. Dojechaliśmy do Zappali, jesteśmy już po kolacji, siedzimy w ciepłym pokoju. Przynieśliśmy nawet komputer, żeby jak wszyscy raz skorzystać z komputera, ale jakoś Wi-Fi nie zadziałało. Jutro jest plan na San Carlo de Bariloche, ale raczej odpuścimy sobie górską trasę widokową, mamy do przejechania 500 km, a jeden z patroli ma problem z cieknącą chłodnicą. Trzeba to najpierw załatwić. O tyle jest prościej, że mechanik umówiony już na jutrzejszy poranek obiecał naprawić chłodnicę w 3 godziny.
25.08.2011, czwartek
Czekamy na efekty pracy mechanika, profilaktycznie przedłużyliśmy dobę hotelową. Teraz chwila na poranne pośniadaniowe lenistwo, zanim czegoś się dowiemy. Te boliwijskie muszki, które krwiożerczo zaatakowały nas na granicy, były jakieś wybitnie paskudne. Minęły prawie dwa tygodnie, a ja do dziś mam ręce i nogi w strupach, w dodatku wciąż bardzo swędzących. Wygląda to, jakbym chorowała na jakąś odmianę ospy. I nie chce się to dziadostwo goić! Mechanik okazał się sprawnym fachowcem i już po 11stej ruszyliśmy w dalszą drogę. Udało nam się nawet wskoczyć na widokowa drogę „siedmiu jezior”, która bokiem od Ruty wiodła do Bariloche.
A na tej trasie smutny widok. Mogłoby być pięknie, bo droga w górach, kręta, pośród bardzo starych drzew, ponad wijącą się w dole rzeką. A smutno – bo wszystko to pokryte warstwą popiołu z wulkanu, który niedawno, nie dalej jak kilka tygodni temu, obudził się i pluł szarym, cementowym pyłem, zamieniając zieleń w promieniu co najmniej kilkudziesięciu kilometrów, w przygnębiającą, obwieszona pod ciężarem pyłu, połamaną szarość. Te siedem jezior to widok aż nie pasujący do tego cementowego krajobrazu – woda w nich ma piękny, turkusowy kolor i to jedyny kolorystyczny akcent w okolicy.
26.08.2011, piątek
San Carlos de Bariloche nie wywarło na mnie wrażenia górskiej, narciarskiej miejscowości, tchnącej atmosferą sportów zimowych, mimo, że to jeszcze sezon. Może to brak śniegu, który widoczny jest tylko w wysokich partiach gór i to w ilościach śladowych, może brak widoku ludzi w narciarskich ubraniach i ze snowboardami pod pachą. W każdym razie nikt z ekipy nie nalegał, żeby na noc koniecznie zostać w centrum, więc nocleg znaleźliśmy na peryferiach miasta. Dziś od rana jedziemy w deszczowej i ponurej aurze, chmury wiszą nisko , droga spowita jest mgłą i nie można podziwiać widoków otoczenia. Przed nami długi odcinek, 800 km. Po południu Ale trafiliśmy knajpkę z lokalnym klimatem! Jak u cioci w odwiedzinach. Ledwo zdążyliśmy powiedzieć ile osób i zasiąść do stołu, a już przed nami pojawiła się waza z gorącą zupą i dla każdego talerz. Za chwilę świeżutkie bułeczki, zielona sałata, i zanim to wszystko spałaszowaliśmy, na grilli dojrzały dl nas prawdziwe argentyńskie, świeże steki. Po prostu palce lizać! I wreszcie obiad o normalnej porze, a nie wieczorne obżarstwo i spanie z obciążonym żołądkiem. Uśmiechnięci, najedzeni ruszamy dalej w kierunku Perito Moreno.
27.08.2011, sobota
Ruta 40 jest zmienna i kapry
śna, jeśli chodzi o nawierzchnię. Bo otoczenie od dwóch dni dość nudne i monotonne, droga jak wyrysowana od linijki biegnie prosto naprzód i znika na horyzoncie. Raz jedziemy asfaltem szerokim, raz wąskim, raz ruta staje się szutrem, a czasem, jak dziś, błotnistą ścieżką z resztkami śniegu i przymarzniętymi kałużami, chwilami dość głębokimi. Na tyle głębokimi, że zalewa nam przednią szybę i Toyka jest już tak ubłocona, że z boku i z tyłu przez okna nie widać nic. Nuda. Płasko i szeroko, niezmiennie. Raz po raz stadka guanako, czasem strusie nandu, czasem niewielkie stada koni. Nic więcej. Dziś jedynym akcentem odmiennym był spacer do malowideł naściennych Cueva de los Manos Pintados. To takie grafitti sprzed 10 tysięcy lat i też trzeba wierzyć na słowo źródłom, bo wyglądają te pekto- i hieroglify na dość świeże. No ale skoro Unesco uwierzyło, to ja z tym nie dyskutuję. Sam spacer był przyjemny i wreszcie dał trochę ruchu, bo od tygodni siedzimy w aucie i tylko niestrawności się możemy spodziewać przy takim trybie życia. W dzień suchy prowiant, konkretne jedzenie wieczorami, późno i ciężkie. Ja już się czuję jak czołg, mam wrażenie, że nie mieszczę się we własną skórę, w domu czeka mnie – oprócz zwykłych wygód – ostra dieta. Buuuu…. Tymczasem jedziemy. Asfalt, asfalt… Wydarzeniem są sporadyczne zakręty drogi. Poza tym nic. Można by załączyć automatycznego pilota i spać, gdyby takowe w samochodach były. Dziś spoczniemy w El Chalten, żeby jutro rano przywitać się z Fitz Royem. Za nami ponad 9000 km od Buenos Aires licząc. Przed nami już tylko około 1500 do Ushuaya. Później Ha, nie ma co przesadzać z tą nudą. Mycie aut w rzece po mocno błotnistym odcinku skończyło się dwukrotnym użyciem wyciągarki w celu wydobycia Andrzeja z głębin, bo dziwnym trafem dwukrotnie utknął w tym samym miejscu… Dobrze, przynajmniej jest wesoło i coś się dzieje. Szkoda tylko, że temperatura oscyluje już wyłącznie około 0 stopni. Przyjemniej się wszystko przeżywa w cieple. Teraz już się robi ciemno, do dzisiejszego celu mamy jeszcze jakieś 90 km. Słońce zachodzi pięknie, barwiąc na czerwono i pomarańczowo ośnieżone szczyty i rozległe równiny. A my znów jesteśmy maksymalnie ubłoceni, bo 40-stka stała dziś ewidentnie miękkim jak… bardzo miękkim błotem i rozmokłym śniegiem. O stacje benzynowe na pustkowiu trudno, szczęściem znaleźliśmy jedną niezbędną Robertowi. A o myjnie na stacjach to się możemy jedynie pomodlić – do Dirfuny na przykład, albo Gauchito Gila. Całkowity brak. Jest już prawie całkiem ciemno, Zuzia na przednim siedzeniu korzysta z czołówki, żeby uzupełnić swoje własne zapiski. Dzielna jest, zimno znosi lepiej niż ja. Marek po całym dniu jazdy zmęczony, ale chyba pozostałe ekipy też, bo zamilkły głupotki w CB. Jutro trasa będzie chyba krótsza.
28.08.2011, niedziela
Fitz Roya oglądaliśmy z okna hotelu, ale i tak odbyliśmy zaplanowaną wędrówkę do punktu widokowego. Trochę w górę, spacer lekko męczący, ale bardzo przyjemny. Dziś zaplanowany jest jeszcze jeden – do lodowca Perito Moreno, ale najpierw musimy tam dojechać. Wczoraj wieczorem chłopak obsługujący hostel zarekomendował nam knajpkę, która okazała się bardzo klimatycznym miejscem. Serwowano oczywiście steki z grila, do tego pycha-sałatę i argentyńska muzykę z płyty. A obsługiwał przesympatyczny kucharz-kelner Rodrigo, wielki jak Fitz Roy. Hostelik też fajny – czysty i ciepły, z widokiem właśnie na skałę, którą przyjechaliśmy podziwiać. Za oknem słonecznie, ale zimno. Na razie nie dotknęły nas jeszcze słynne patagońskie wiatry, ale obawiam się, że nas to nie ominie. Nie wspominałam o wczorajszych stratach – urwany chlapacz to mały pikuś, ale pęknięta przednia szyba to już poważniejsza sprawa. Rysa się powiększa, póki szyba jest cała, jest ok. Mamy więc nadzieję, że na pęknięciu się skończy i że nie przyjdzie nam jechać z folią przed oczami. Zbliżąmy się do El Calafate. Przed chwila kamienny odprysk uszkodził nam szybę w drugim miejscu, tym razem po mojej stronie. Na razie jest tylko „wgniotka” i jedziemy po asfalcie, ale kto wie, co się z tym będzie działo na wybojach. Po południu Lodowiec Perito Moreno zrobił jednak wrażenie. Mówię „jednak”, bo lodowców widzieliśmy wiele, ale ten jest chyba najbardziej okazały i najlepiej wyeksponowany z tych, których udało mi się „dotknąć”. W każdym razie super, warto było tam podjechać. Wieczorem wspólnie przy restauracyjnym stole odśpiewaliśmy Edith „100 lat” z okazji urodzin i ekipa zajęła się jedzeniem. My przepysznie zjedliśmy wcześniej, więc tylko towarzysko przy herbatce. Swoją drogą Argentyńczycy naprawdę świetnie serwują wołowinę – pieczoną na wielkich grillach-paleniskach i taką gorącą, jeszcze skwierczącą stawiają głodnemu delikwentowi prosto na stół. Jak to pachnie, a jak smakuje! Bez żądnych marynat, bez cudów, podlewają to chyba tylko czymś w trakcie pieczenia. Tyle tylko, że przy takiej ciężkiej diecie non stop miałabym uczucie kamieni w żołądku. No chyba, że idzie się do tego przyzwyczaić, bo mimo, że Argentyńczycy jedzą jak jedzą, i to po nocach, to otyłości wśród nich nie widać. I nie wiem, czy to zasługa czerwonego mięsa, czy czerwonego wina.
29.08.2011, poniedziałek
Ledwo wyjechaliśmy z El Calafate, dopadła nas absolutnie zimowa aura. Lekki mróz, śnieg na drodze, wkoło śnieg i śnieg z nieba. Wygląda na to, że im bliżej Ziemi Ognistej, tym więcej będzie zimy. Dziś przeprawiamy się do Chile w okolicy Puerto Natales i trzeba dojechać do Punta Arena, bo jutro z rana powinniśmy wsiąść na prom, który przewiezie nas przez Cieśninę Magellana. No chyba, że nie popłynie, bo podobno różnie to tu bywa, właśnie ze względu na zmienne warunki atmosferyczne, zwłaszcza wiatry. Krajobraz wokół nas dziś znów płaski, zresztą i tak niewiele widać, bo jak wspomniałam i śnieg, i mgła, więc powietrze białe, gęste i nieprzejrzyste. Wyjechaliśmy o 7.00, więc jeszcze w pełnych ciemnościach. Zula zawinęła się w śpiwór i kontynuuje spanie. Ja bym chętnie zrobiła to samo, ale jakoś… nie mam sumienia zostawiać Marka za kierownica bez wsparcia. W czwartek będziemy w Ushuaya. Do tej pory nazwa Ushuaya zawsze brzmiała egzotycznie, a tu proszę, jest już w zasięgu ręki. To naprawdę koniec świata, przynajmniej dla mnie Ziemia Ognista była zawsze jego synonimem. Ale to wcale nie oznacza, że tam skończy się Świat. Może tam on się właśnie zaczyna?
***
Zima była na szczęście tylko przez chwilę, to znaczy ta z padającym śniegiem, bo zimno jest cały czas. Granicę argentyńsko-chilijską przeszliśmy bez problemu , na małym przejściu Cancha Carrera. Na posterunku chilijskim pani celnik ta tyle wnikliwie przeszukala nam Auto, że znalazła krakowską suchą i szyneczkę w plastrach. Oraz jedna cytrynę, a ponieważ wwożenie do Chile frutas (owoców) i verduras (warzyw) i mięsiwa jest prohibido, musieliśmy wszystko oddać. Na szczęście ostały nam się konserwy, przeżyjemy. Do Punta Arenas 250 km. Jutro prom, mam nadzieję, że bez przeszkód , i nocleg w Rio Grande. A pojutrze – Ushuaya. Teraz mamy jeszcze zobaczyć jakąś jaskinię Melodona. Melodon to podobno był dinozaur, a ja sobie wyobrażam, że to smok jakiś, bo taka nazwa bardziej mi wskazuje na baśniowego stwora, niż osobnika, który rzeczywiście istniał. Melodon, fajnie brzmi! Jaskinia Melodona
okazała się niezła pieczarą, która by świetnie pasowała do bajki o smoku wawelskim bądź o Szewczyku Dratewce. Tymczasem Melodon był niewielkim, niedźwiedzio podobnym i podobnej wielkości dinozaurem z długim ogonem. Jęzory wody, które wcinają się w ląd i są widoczne już chwile po wjeździe do Chile, przypominają nieco fiordy norweskie. A to nic innego jak wody Oceanu Spokojnego, który tutaj widoczny jest jedynie w takiej postaci. Jutro Cieśniną Magellana przedostaniemy się do Tierra del Fuego – Ziemi Ognistej.
30.08.2011, wtorek
No i już. Przeprawa promowa skończyła się miła niespodzianką, bo zamiast przerażająco brzmiących 5 godzin, trwała dwie. Granicę chilijsko-argentyńska przeskoczyliśmy migiem, tutaj przejścia, papiery, a tym bardziej sami celnicy nie sprawiają żądnych problemów. Wręcz przeciwnie, są pozytywnie nastawieni i chętni do pomocy. Ci tutaj nawet namawiali, żeby w Ushuaya pojeździć na nartach. A do Ushuaya 290 km. To jutro. Dziś naszym celem jest Rio Grande, a tam koniecznie chcemy kupić choć mini szampana, żeby uczcić jutro spotkanie z końcem świata. Kieliszki też trzeba kupić. Obrus już mamy, ale nie powiem skąd No w każdym razie ma być uroczyście! Na razie jestem miło zaskoczona pogodą. Nie dość, że jest plus 9 i świeci słońce, to jeszcze nie ma śniegu i nie wieje. A spodziewałam się iście zimowej aury i porywistego, patagońskiego wiatru. No, ale to wszystko jeszcze może się zdarzyć.
31.08.2011, środa

Dziś o godzinie 14.55 stanęliśmy tam, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie kończy się lub zaczyna Świat. Dotarliśmy do Ushuaya! Był szampan w prawdziwych, szklanych kieliszkach, serwowany na masce samochodu, na białej serwecie. Kieliszki po wszystkim wylądowały w krzakach, a serwetka, „wypożyczona” z hotelu w Punta Arenas nabrała natychmiastowej wartości sentymentalnej i zostanie zachowana na pamiątkę. Jak wygląda samo miasto jeszcze nie wiemy, najpierw zadomowiliśmy się w hotelu i zadbaliśmy o umycie samochodu. Wszystko jutro, spędzimy tu trzy dni, więc czasu jest sporo, żeby zapoznać się z tym wyjątkowym miejscem. Dla mnie to miasto, jakimkolwiek się okaże, przyjaznym czy nie, ładnym czy brzydkim, zachęcającym czy odpychającym – ma i tak symboliczne znaczenie. I takie będzie miało już zawsze.