Rumunia 2011

WPROWADZENIE
Na Rumunię „czyhałam” od dawna… Cóż, kiedy życie tuż przed wyprawą zdecydowało za mnie, i to wcale nie na moją korzyść – zesłało na mnie rwę kulszową! Musiałam zostać. Za to pisanie dziennika przejęła Zuzia. Oto Rumunia widziana oczami 11-letniej podróżniczki.


25.04.2011r. (niedziela)
Wyjazd w niedzielę po śniadaniu wielkanocnym. Pakowanie, przygotowywanie się do podróży. Szkoda tylko, że Mama z nami nie jedzie, ale jak widać z kręgosłupem nie ma żartów. Może tak po prostu miało być? Nie wiadomo. Dla mnie to szansa poznania off-roadu z innej strony. Wszystko okaże się w niedzielę.
* * *
Wielkanocna Niedziela przywitała nas piękną pogodą. Wyjechaliśmy dokładnie o 11:00, gdyż jak mówią „czas to pieniądz”. Do Krakowa jest tylko 530km, ale nasz samochód obładowany jak czołg nie pozwoli gnać nawet po autostradzie pustej w święta. Na miejscu byliśmy już o 17:00, ze względu na brak zbędnych postojów i korków. Niestety podczas spaceru pokropił „delikatnie” deszcz. Strasznie zmarzliśmy wracając do hotelu. Idziemy teraz spać, bo jutro ważny dzień. Spotkamy się z grupą off-roadowców, którzy również wyjeżdżają do Rumunii. 
26.04.2011r. (poniedziałek)
Dzisiaj spotkaliśmy się z grupą, która także ma zamiar poznać górzystą część Rumunii. To bardzo mili ludzie. Do późnego wieczora pojedziemy, bo musimy przejechać ponad 300km i kupić winiety. Start o 15:00. Na razie jeszcze brak błota i górzystych terenów, ale czuć go już coraz bardziej, to wynik ośmiu terenowych aut zapakowanych "na maksa"
* * *
Droga dłuży się i dłuży, a końca nadal nie widać. Wreszcie, o 22:30 zjeżdżamy na nocleg do hotelu. Pokój czysty, nie pachnie zbyt ładnie, ale jest czysty. Już prawie zasypiam w wygodnym łóżku, a tu nagle przychodzi myśl, że jeszcze przecież trzeba coś ugotować, bo niby jak zasnąć z pustym żołądkiem? No to już, wchodzę do samochodu i robię kanapki. Po jedzeniu idziemy spać.
27.04.2011r. (wtorek)
Pobudka o 8:30. Śniadanie dość dobre. Wszystko ok. Wychodzimy na dwór za potrzebą przygotowania autka do dzisiejszej off-roadowej trasy. Ruszamy. Pierwszy las minęliśmy bez problemów. Około południa zatrzymaliśmy się przy Wesołym Cmentarzu. Na każdym grobie jest obrazek z zawodem, który wykonywał dany człowiek. Znajdują się tam wszystkie zawody świata. Po południu wjechaliśmy w góry. Na drogach były takie koleiny, że samochód był tak przekrzywiony, iż przy otwartym oknie mogłam dotknąć mokrych liści niedawno spadłych na ziemię. Wieczorem pierwsze rozstawianie namiotu. Wszystko poszło całkiem szybko, z wyjątkiem rozstawiania namiotu. Nocujemy na wzgórzu między górami. Rano spodziewam się tutaj pięknego widoku, bo teraz zaczyna się ściemniać. Gdy zapada zmrok robi się zimno, ale ogromne ognisko ogrzewa nas wszystkich. Jesteśmy na wysokości 900 m.n.p.m.
28.04.2011r. (środa)
Dzisiaj nie ma w planie żadnych zabytków i atrakcji. Jeździmy po lasach, które tak jak wczoraj, znajdują się w górach. Niektóre tereny są bardzo podmokłe i trzeba nawet czasem używać wyciągarki, aby wyciągnąć zakopane po okna w błocie auta. Piękne widoki górskie i leśne otaczały nas przez cały dzień. Po południu zatrzymaliśmy się na obiad wśród zielonych łąk i pól. Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Czasami musimy nawracać się i jechać inną drogą, ale uważam, że prawdziwy off-roadowiec nie jedzie za nawigacją, tylko czuje przygodę nosem i od razu wie gdzie ma jechać.  O 17:30 zjechaliśmy na obozowisko w małym lasku, który jest idealnym miejscem na camping.
29.04.2011r. (czwartek)
Dziś rano wyjechaliśmy z obozowiska o 9:10. Po jakiś 5km naszym oczom ukazały się ogromne kałuże błota. Na szczęście prawie wszyscy przejechali bagno bez potrzeby wyciągania. Dzisiaj przejeżdżaliśmy przez mnóstwo wiosek. Była to pewnego rodzaju atrakcja dla mieszkańców, gdyż nigdy jeszcze nie widzieli tylu terenowych , obładowanych aut. Wszystkie dzieci machały do nas skacząc i radując się. Wjechaliśmy do miasta o nazwie Turda po małe zakupy i na szybki obiad. Po południu wynikło, że na noc zostajemy w *** hotelu. Tak właściwie nie wiadomo, czy to dozwolone podczas wyprawy takiego rodzaju. Może to i lepiej, że nocujemy tutaj. Wszystkim na pewno przyda się trochę odpoczynku.
30.04.2011r. (piątek)
Rano, wypoczęci i z uśmiechem ruszamy. Droga górzysta jak co dzień. CB radio zaraz się zepsuje od nieustannych rozmów i pogawędek. W lesie spotykają nas ogromne koleiny, z którymi Ludwik XVI nie ma większych problemów. Wszystko idzie jak po maśle, a tu nagle: łup! Kredens na kilka sekund zawisnął na „trochę” większym podwyższeniu. Jeszcze chwila, a runąłby na ziemię z niewiadomym skutkiem. No, przynajmniej film wyjdzie niezły.
01.05.2011r. (sobota)
Po południu zobaczyliśmy ogromną jaskinię, do której prowadziło chyba tysiąc schodów, a ja, nie wiedząc o grubym lodzie w jaskini, poszłam tam w tenisówkach, co nie było dobrym pomysłem. Dziś ostatnia noc w namiocie. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Oskar chciał ugotować wodę na herbatę, lecz jego plan legł w gruzach podczas zawalenia się drewna. Woda się wylała, a na herbatę czekałam 1 godz….
02.05.2011r. (niedziela)
Dziś ostatni dzień naszej przygody. Myślę, że dzisiejsza trasa, chociaż najdłuższa, okazała się najbardziej urozmaiconą w off-roadowe atrakcje. Pogoda może nie dopisywała, ale nie jeden zakopał się po szczyt kół w bagnie. Mieliśmy nocować w hotelu Drakula, lecz nie było tam już miejsc i dwie załogi włącznie z nami nocują w pobliskim obiekcie, jeszcze bardziej wypełnionym miłą atmosferą.
03.05.2011r. (poniedziałek)
Niestety nastąpił dzień wyjazdu, z czym bardzo trudno jest mi się pogodzić. Nie idziemy na rafting, ze względu na brzydką pogodę. Szkoda. Na tej wycieczce poznałam myślę, że całkiem fajnych kumpli: Oskara i Maćka. Mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze spotkamy w tegorocznym gronie.
Godz. 3:00 (wtorek) Wreszcie w domu!